Azjatycka ofensywa transhumanizmu

Upowszechnienie robotów może zmienić fundamentalne zasady działania społeczeństw

Maszyna obiektem kultu w buddyjskich świątyniach

W październiku ubiegłego roku opisywałem na łamach „Naszego Dziennika” („Globalne więzienie”, 8.10.2018) chiński system kredytu społecznego (Social Credit System – SCS), który w istocie jest narzędziem totalnej inwigilacji obywateli Chin. Jest on wdrażany sukcesywnie na terenie całego kraju i polega na przyznawaniu punktów – ujemnych bądź dodatnich – za zachowania społeczne zarówno w warunkach rzeczywistych, jak i sieci internetowej. Władze Chin prowadzą w jego ramach urzędową inwigilację obywateli, zbierając dane o zachowaniach społecznych, mobilności czy też statusie ekonomicznym. Zbyt duża ilość punktów ujemnych wiąże się z realnymi represjami, a wysoki poziom punktów dodatnich z przywilejami. Na początku marca pojawiły się informacje o pierwszych efektach działania systemu. Okazuje się, że w roku 2018 władze Chin odmówiły ponad 17 milionom swoich obywateli podróży samolotem, a ponad 5 milionów Chińczyków nie mogło kupić biletu nawet na pociąg. Restrykcje działania systemu objęły więc ponad 20 milionów ludzi! Zakaz podróżowania szybkimi środkami transportu jest szczególnie dotkliwy dla najbiedniejszych pracowników stref przemysłowych, np. Shenzen, którzy pochodzą z rolniczych obszarów Chin centralnych i większość zarobionych pieniędzy przesyłają do swoich rodzin. I tylko raz do roku mogą pojechać do nich w odwiedziny. To bardzo dotkliwa represja dla milionów takich osób. Ma ona zdyscyplinować mieszkańców Chin do zachowania się „zgodnie z obowiązującymi standardami”. Państwowe media z dumą informują o dużych postępach w zakresie wdrażania systemu SCS, jednocześnie wskazując, że skuteczność modelu wzajemnego „pilnowania” obywateli, realizowanego dzięki mediom społecznościom, zaskoczyła nawet twórców systemu. Chodzi o znany również nam system czytania, komentowania i nagradzania poszczególnych wiadomości na popularnych portalach społecznościowych. W Chinach, tak samo jak w Europie, każdy uczestnik serwisu może zgłosić „nadużycie” bądź „złamanie reguł” i te wskazania są automatycznie analizowane przez system SCS. Mnie jednak najbardziej zaskoczył tak szybki czas uzyskania praktycznych efektów, tego – zdawałoby się – teoretycznego jeszcze systemu. Kilka miesięcy wystarczyło, aby nowa technologia została wdrożona na rynku obejmującym prawie 1,5 miliarda obywateli. Możemy zatem przypuszczać, że inne rozwiązania technologiczne, jakie obserwujemy obecnie w dużych krajach azjatyckich, również mogą dość szybko zmienić fundamentalne zasady działania społeczeństwa.

Robotyzacja buddyzmu

23 lutego 2019 roku medialny koncern Mashable zaprezentował artykuł pod tytułem: „Japonia właśnie stworzyła prawdopodobnie pierwsze na świecie bóstwo, które jest buddystą”. Opisywany w artykule humanoidalny robot nazywa się Kannon Mindar i autorzy artykułu radzą dobrze zapamiętać jego imię, gdyż maszyna ma się stać przywódcą kultu. W marcu robot rozpoczął swoją pracę w japońskiej świątyni Kodaiji, gdzie głosi nauki w języku japońskim, tłumaczonym automatycznie przez inne automaty w czasie rzeczywistym na język angielski i chiński.

Robot został stworzony dzięki wspólnym wysiłkom naukowców pracujących w dziedzinie sztucznej inteligencji na Uniwersytecie w Osace oraz mnichów z buddyjskiej świątyni Kodaiji. Jego koszt to prawie 1 mln dolarów, ale przedstawiciele świątyni twierdzą, że taki wydatek się opłaci, ponieważ robot może głosić buddyjskie kazania 24 godziny na dobę i z pewnością zachęci on dużą ilość młodych wyznawców buddyzmu do odwiedzenia świątyni. W japońskich mediach pojawiają się już liczne komentarze dotyczące tego wydarzenia, nie brakuje typowych, klasycznych sformułowań charakterystycznych dla ideologów transhumanizmu w stylu: „japońscy naukowcy rozwiązali jedną z największych zagadek wszech czasów: czy Bóg stworzył człowieka, czy człowiek stworzył boga?”.

Zupełny brak rozumnej refleksji szokuje, ale należy te komentarze wpisać w szerszy kontekst, dotyczący dynamicznej inwazji buddyzmu na całym świecie. Przedstawiciele świątyni Kodaiji nie kryją swoich celów, stwierdzając: „Buddyzm doświadczył fenomenalnego rozprzestrzeniania się na świecie wraz z pojawieniem się buddyjskich obrazów. Mamy nadzieję, że android Kannon pomoże buddyjskim naukom dotrzeć dziś do serc ludzi na całym świecie”. Dla mnie jednak najbardziej szokujący jest widok ludzi, buddyjskich mnichów, oddających hołd robotowi. Oby ten obraz był tylko symbolicznym wyrazem zatracenia się w rozpoznawaniu prawdziwych wartości, a nie symbolem nadchodzącej ery transhumanizmu. Chociaż w Japonii takie próby robotyzacji buddyzmu były już dokonywane wcześniej. W 2015 roku na targach funeralnych w Tokio został zaprezentowany robot do prowadzenia ceremonii pogrzebowych. Ze względu na starzenie się społeczeństwa japońskiego znacznie spadła ilość buddyjskich mnichów, nie są oni w stanie obsłużyć wszystkich potrzebujących. Poza tym, jak podaje brytyjski „Daily Mail”, koszt pogrzebu z udziałem prawdziwego mnicha to w Japonii ponad 2000 funtów, natomiast koszt ceremoniału z robotem to tylko 400 funtów i cieszy się on coraz większym powodzeniem.

Nie możemy tych japońskich eksperymentów lekceważyć, świadczą one o zupełnej dekonstrukcji podstaw moralnych i społecznych oraz degeneracji wartości duchowych w stechnicyzowanym społeczeństwie. Buddyzm asymiluje się do tej nowej sytuacji, nawet nie próbując walczyć o zachowanie systemu wartości podstawowych. Nie zapominajmy również, że cyfryzacja powoduje wiele niebezpieczeństw, z którymi nie potrafimy sobie jeszcze radzić. W Europie, szczególnie wśród młodzieży, coraz popularniejsze są aplikacje imitujące osobistych asystentów i wirtualnych psychoterapeutów. Dla wielu młodych ludzi algorytm sztucznej inteligencji, z którym często rozmawiają dłużej niż z rodzicami, stanowi już codzienny element życia. Popularność aplikacji imitujących „cyfrowego brata i siostrę” ciągle rośnie. Przykłady takich programów opisywałem już na łamach „Naszego Dziennika” („Wirtualne kłamstwa”, 15.01.2019). A ilu rodziców posiada cyfrowe kompetencje na tyle wysokie, aby dokładnie sprawdzić, jakich aplikacji używają ich dzieci? A jeśli jeszcze buddyzm zamierza przeprowadzić ofensywę z użyciem cyfrowych narzędzi, to czy nie powinniśmy bliżej się przyjrzeć jego ekspansji w naszym kręgu kulturowym?

Rewolta ’68 i Daleki Wschód

Historycznie za ideowy początek marksizmu kulturowego w środowiskach młodzieżowych świata zachodniego możemy przyjąć wydarzenie z parku Golden Gate w San Francisco z 14 stycznia 1967 roku. To podczas tego zgromadzenia po raz pierwszy padły m.in. słowa: „Kochaj zamiast wojować”, które stały się hasłem ruchów pacyfistycznych na całym świecie. To właśnie tam Allan Watts, popularyzator wschodnich filozofii, związał ruch pacyfistyczny z buddyzmem, opisując go jako „religię pokoju” i gloryfikując fikcyjne hasła o równości wszystkich istot żywych. Natomiast Timothy Leary, profesor Harvardu i jeden z przywódców rewolucji kulturowej, zapowiedział koniec amerykańskich bogów i początek epoki miłości oraz nowej religii bazującej na buddyzmie. Te hasła szybko przyjęły się w środowiskach antykultury, zarówno u naukowców, literatów, jak i twórców muzycznych. Słynny wtedy zespół The Beatles wyruszył na specjalny trzymiesięczny kurs buddyjskiej medytacji transcendentalnej do Indii. Chociaż wyjazd był nieudany, a członkowie zespołu wcześniej wrócili do domu, zdegustowani niektórymi metodami stosowanymi przez buddyjskiego mnicha, to jednak pozostawił on po sobie wyraźny ślad w ich twórczości, wzbudzając zaciekawienie buddyzmem u milionów młodych ludzi na całym świecie. Buddyzm zatem dynamicznie rozprzestrzenia się na świecie od ponad 50 lat z bardzo wyraźną etykietką „religii pokoju i powszechnej równości”.

Jednak to tylko efekt wypracowania dobrego wizerunku. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że buddyzm ma dobrych specjalistów od PR (public relations). Cyfrowa nowa religia?

Nasze wyobrażenie o kulturze Dalekiego Wschodu jest z pewnością niepełne i bardzo fragmentaryczne. Nie zapominajmy, że fascynacja buddyzmem współczesnych lewicowych elit z pewnością nie pozostanie bez wpływu na kształtowanie współczesnej Europy. Promowana przez nie walka z religią chrześcijańską toczy się na różnych polach. Obecnie obserwujemy gwałtowny wzrost aktywności agresywnych zachowań skierowanych przeciwko Kościołowi. Czy aktywne w strukturach lewicowych środowiska transhumanistów wykorzystają nowe narzędzia stosowane w buddyjskich świątyniach w działaniach skierowanych przeciwko Kościołowi? Czy pojawią się nowe sekty oferujące „wsparcie duchowe” już nie tylko za pomocą aplikacji, ale odpowiednio skonstruowanych i zaprogramowanych robotów, eliminując podstawową rolę człowieka w procesie kształtowania wiary?

Tego jeszcze nie wiemy, ale możemy być pewni, że w wirtualnych przestrzeniach, gdzie dominują duże koncerny o niewątpliwie lewicowych korzeniach, pojawią się pomysły dotarcia do młodego pokolenia za pomocą środków, które są wśród nich popularne. Najpierw duchowi asystenci w smartfonie, potem wirtualni przewodnicy i cyfrowi przyjaciele, a na końcu cyfrowi kapłani nowej religii, która nie wymaga, nie stawia wyzwań i nie narzuca granic. Złudzenie totalnej wolności cyfrowej w wykonaniu rządzących światem ideologii buduje dla całych pokoleń wirtualne więzienie bez realnych murów i bram, ale z perfekcyjnie wykonanymi systemami całkowitej inwigilacji i sterowania najbardziej fundamentalnymi cechami ludzkiej osobowości. Czy jesteśmy gotowi jako katolicy przeciwstawić się takim zakusom zarówno na platformie technologicznej, jak i społecznej?