Jak mógłbym opisać tegoroczną pielgrzymkę do św. Jakuba? Camino to życie. To krótkie zdanie w zupełności wystarczy. Uczymy się siebie, jak reagujemy na różne sytuacje – pozytywne, ale także trudne, widzimy, które nasze talenty najlepiej sprawdzają się w podróży i we współpracy z innymi.

Dwunastego dnia pielgrzymki (środa) nauczyliśmy się dwóch rzeczy. Pierwsza – nie zawsze, mimo ogromnego wysiłku, uda nam się spełnić marzenie, wykonać zadanie czy dotrzeć do celu. Druga – pomimo niepowodzenia nie ma co narzekać, trzeba tylko zacisnąć zęby, zebrać resztki naszych sił, zaufać Bogu i do boju. Piszę o tym, ponieważ po długiej trasie okazało się, że nie ma dla nas noclegów w mieście, które teoretycznie miało być naszą metą. Niektórzy mieli naprawdę dość. Ale nie było wyjścia – szybkie uzupełnienie kalorii i do przodu! Ile? Sporo, bo musieliśmy przejść ponad 10 km więcej, żeby znaleźć miejsce do spania. Ale udało się! Po przyjściu do Redondeli przybijaliśmy sobie piątki jak nowo upieczeni mistrzowie świata w siatkówkę. W końcu przeszliśmy – jak to mówił ks. Mateusz – etap śmierci, który liczył 46 km!

Wróćmy na chwilkę do poprzedniego dnia, czyli wtorku (wybaczycie za brak chronologii). Był to etap baaardzo górzysty! Ale wiecie co? Poczułem się trochę jak w polskich górach. Wydaje się, że dało nam to sporo siły. Na szlaku pojawiło się też więcej osób, ponieważ znaczna część pielgrzymów swoją podróż zaczyna w Hiszpanii. My – jak już pisałem jakiś czasu temu – zaczynaliśmy w Fatimie. I to był strzał w dziesiątkę, bo Mama cały czas nam towarzyszy. Kochamy Cię!

Szymon Kamysz