Viterbo, 05.03.2020 i kilka kolejnych tygodni…
Stara mądrość ludowa sugeruje nam, że każde wydarzenie z naszego życia, czy to pozytywne czy negatywne, ma na nas wpływ i kształtuje naszą osobowość. W moim przypadku moja osobowość została wystawiona na próbę z początkiem marca. Dlaczego? Oprócz początku miesiąca, musiałam zmierzyć się jeszcze z początkiem…kwarantanny.

Przez pierwsze dni, w moim organizmie, poczucie strachu przegrywało jedynie z poziomem adrenaliny. Znajdowałam się w miejscu, w którym słowo „koronawirus” cieszyło się taką samą popularnością, co słowo „pizza”. Jeszcze kilka tygodni temu wydawałoby się to niemożliwe. A jednak…

Po kilku dniach kwarantanny poziom epinefryny zaczął spadać. W pewnym momencie poczułam paraliżujący strach. Zdałam sobie sprawę, że tyle moich pytań pozostaje bez odpowiedzi. Czy miałam kontakt z osobą zarażoną ? Ile osób jest nosicielami wirusa?

Włosi znani są ze swojego odmiennego podejścia do życia. W życiu codziennym ich „dolce vita” przynosi człowiekowi ulgę i radość. Czujesz, że żyjesz. Jednak podczas warunków ekstremalnych, jak na przykład kwarantanna, czułam, że nie przeżyję…

Italiani byli w swoim żywiole, co z jednej strony zapobiegało wybuchowi paniki, jednak z drugiej nie dawało poczucia bezpieczeństwa i wizji zakończenia kwarantanny w niedalekiej przyszłości. Oczywiście istnieje wiele rzeczy, które przemawia w obronie włoskiej dezorganizacji, np. fakt, że osoby odpowiedzialne za opiekę nad akademikiem i jego rezydentami znajdowali się poza nim w chwili wprowadzenia obowiązku kwarantanny. Ten nakaz oznaczał jedno – nikt nie może opuścić akademika oraz do niego wejść. Wyjątek stanowiły osoby reprezentujące wszelkie służby. I tak zostaliśmy uziemieni na długie 4 tygodnie, choć sytuacja wydawała się wprost nie z tej ziemi…

Przez pierwsze tygodnie nie otrzymaliśmy nakazu noszenia maseczek. Naszą codziennością było oczekiwanie na kolejne rozporządzenia. Jakiś czas później wszyscy zostaliśmy wezwani na spotkanie z lekarzem. Ku mojemu zdziwieniu podczas czekania na swoją kolej dowiedziałam się, że owszem, lekarz jest, ale po drugiej stronie ekranu laptopa. To była wizyta w postaci wideo-konferencji.

Włoski lekarz zadał kilka rutynowych badań dotyczących występowania typowych objawów obecności wirusa i dodał, że noszenie maseczek zależy od indywidualnych preferencji. Uspokojona wideo-wizytą u lekarza, wróciłam do pokoju. Po kilku dniach ponownie Włosi zapukali do moich drzwi. Tym razem sytuacja była nieco poważniejsza – na dole czekali na nas „karabinierzy”.

Kim oni są? Włochy mają aż pięć służb o uprawnieniach policyjnych: karabinierów (Arma dei Carabinieri), policję państwową (Polizia di Stato), policję celną (Guardia di Finanza), policję sądowo-więzienną (Polizia Penitenziaria) i policję leśną (Corpo Forestale dello Stato). Każda z nich podlega innemu ministerstwu: obrony narodowej, spraw wewnętrznych, finansów, sprawiedliwości, a nawet rolnictwa. Oprócz tych służb w prowincjach działają jednostki policji lokalnej (Polizia Provinciale), a w większych miastach spotkać można policję municypalną (Polizia Municipale). Karabinierzy pełnią funkcję żandarmerii, czyli policji wojskowej, oraz uczestniczą w działaniach wojennych poza terytorium Włoch (jako żandarmeria lub również jednostki bojowe). Co więcej, we włoskim społeczeństwie Carabinieri są uważani za najbardziej kompetentnych oraz poważanych wśród służb mundurowych. Krótko mówiąc, nie warto z nimi zadzierać. Tak więc wszyscy posłusznie, mimo późnej pory, czekali na spotkanie z „postrachem włoskiego półświatka”.

Z faktu, że mój pokój znajduje się na ostatnim piętrze, moja kolej nadeszła po 1:30 w nocy. Kiedy znalazłam się po drugiej stronie drzwi, zobaczyłam korytarz, na końcu którego stało dwóch Włochów w mundurach, którzy gestem ręki kazali podejść mi bliżej. Dzieliła nas taśma oraz dodatkowy metr odstępu, który kazali mi zachować. Jeden z Włochów poprosił mnie o podanie danych osobowych i pouczył o obowiązku noszenia maseczki oraz unikaniu większych skupisk osób w pomieszczeniach. Po otrzymaniu maseczki i krótkim „Ciao”, półprzytomna ze zmęczenia i stresu szybko wróciłam do pokoju.

Kilka dni później w końcu otrzymaliśmy informację o przyjeździe ratowników i planowanym przeprowadzeniu testów na obecność wirusa. Jednak nikt nie wiedział, kto dokładnie ma poddać się takiemu testowi. W pierwszej kolejności poproszeni zostali Gruzini, gdyż to właśnie z Gruzji pochodziła pierwsza osoba zakażona. I tak mijały kolejne dni.
Kolejne rozporządzenia, kolejne druzgoczące dane o liczbie nowych przypadków i ofiar śmiertelnych. Trzy razy w ciągu dnia otrzymywaliśmy jedzenie. Najpierw o ok. 9:00 było śniadanie. Jak to wyglądało?

Osoba o nieznanej tożsamości mająca na sobie pełne wyposażenie i zachowująca wszelkie środki bezpieczeństwa, tj. skafander, rękawice i maskę; roznosiła pakunki do każdego pokoju. Jedzenie pochodziło z cateringu i zostało opłacone, co było jedynym rozwiązaniem, gdyż nie mogliśmy korzystać z kuchni. Była możliwość zrobienia zakupów poprzez zgłoszenie swojej listy i opłacenie rachunku. Po śniadaniu przychodził czas na obiad, a później i na kolację. Wiele osób okazywało nam życzliwość, przywożąc różne rzeczy codziennego użytku, np.: książki, przekąski, dodatkowe porcje żywności czy sadzonki do akademickiego ogródka. Wszyscy pomagali jak tylko mogli…

Nie mogę również narzekać na nudę w tamtym czasie. Pewnego dnia usłyszałam ponowne pukanie do drzwi – w czasie kwarantanny ten odgłos nie wróżył nic dobrego – i z sercem pod gardłem niepewnie otworzyłam drzwi. Zobaczyłam opancerzonego ragazzo, który językiem włosko-angielskim przekazał mi, że muszę zmienić pokój. Zaskoczona tym faktem, spytałam o przyczyny podjęcia takiej decyzji. W odpowiedzi usłyszałam, że przebywam w czerwonej strefie. Pierwsza moja myśl – ktoś z mojego piętra jest zarażony. Z przerażaniem zaczęłam pakować swoje rzeczy. Na szczęście musiałam zmienić tylko skrzydło budynku, a nie piętro, co wiązałoby się z tułaczką po kilkunastu schodach. Po kilku godzinach, będąc w trakcie urządzania nowego pokoju, dowiedziałam się, że wszyscy zdrowi lub osoby u których nie wystąpiły objawy zakażenia, zostały przeniesione na jedno skrzydło budynku. „Lepiej późno niż wcale”- pomyślałam.

Moje wspomnienia z tamtego okresu nie napawają optymizmem, czy oznacza to, że niczego nie wyniosłam z tego trudnego doświadczenia? W końcu sam tytuł mówi o „wzmocnieniu”.

W czasie próby niezwykle ważna jest wiara, ale i drugi człowiek – to bowiem sprawia, że nie czujesz się pozostawiony sam sobie. Dzięki wideo-rozmowom z rodziną i przyjaciółmi na nowo odkrywasz wartość relacji i bardziej doceniasz ludzi, dla których twój los nie jest obojętny. Trzeba stanąć w tej trudnej prawdzie i pogodzić się z tym, że nasze życie pełne jest różnych zakrętów, przeszkód, które nierzadko są dla nas bolesne i trudne do przejścia. Najważniejsze jest jednak spojrzenie na to z szerszej perspektywy, która uświadamia nam jedno – po każdym upadku człowiek wstaje silniejszy.

Tak. Uważam, że trudny czas był dla mnie wyzwaniem, nie lada zakrętem na drodze życia. I nie żałuję tego „zakrętu”. Bo bez niego nie zobaczyłabym tylu cudów natury i architektury, a przede wszystkim nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi.

„Sztuka życia polega mniej na eliminowaniu naszych problemów, a bardziej na rozwijaniu się dzięki nim” .– Bernard M. Baruch

By Jadwiga Umel