Dobre strony chorwackiego Erasmusa

Moja kolejna przygoda z Erasmusem dobiegła końca. Prawie 5 miesięcy w Chorwacji upłynęło w mgnieniu oka. Muszę przyznać, że początkowo Zagrzeb nie zachwycał mnie zbyt szczególnie. Może dlatego, że wcześniej dużo podróżowałam, a odwiedzone przeze mnie miasta postawiły Zagrzebiowi wysoką poprzeczkę. Czy przekonałam się do tego miasta? 

Uniwersytet w Zagrzebiu  (chorw. Sveučilište u Zagrebu)  to najstarszy i największy uniwersytet w Chorwacji.  Został założony w 1669 r. przez cesarza Leopolda I Habsburga.  Obecnie składa się z 29 wydziałów oraz 3 Akademii Sztuk. Miałam okazję studiować na Wydziale Nauk Politycznych FPZG, który znajdował się w centrum miasta. Skupiał on między innymi takie kierunki jak: dziennikarstwo, public relations, polityka międzynarodowa, dyplomacja czy polityka chorwacka. Wydział bierze także udział w programach: Erasmus+, CEEPUS, Erasmus Mundus. Obecnie w ramach programu Erasmus Uniwersytet współpracuje z 50 uczelniami zagranicznymi.

Semestr letni rozpoczęłam w ostatnich dniach lutego, a oficjalnie zakończyłam studia 15 lipca, mimo że większość przedmiotów zaliczyłam na kilka tygodni przed tym terminem.  Uczelnia oferuje bogaty wachlarz zajęć w języku angielskim. Nie ma obaw, że któryś z wykładów będzie odbywać się w języku chorwackim. Nauka tego języka jest możliwa, jednakże nie w ramach zajęć na Uczelni (w przeciwieństwie do Lizbony, gdzie studiowałam wcześniej). Opłata za  kurs wynosi około 250 euro, jednakże nie jest on obowiązkowy. W skali całego stypendium jest to stosunkowo duża kwota, dlatego większość studentów raczej nie decydowała się na naukę chorwackiego. Zajęcia wybierać można zarówno z licencjatu, jak i studiów magisterskich (te drugie gratyfikowane są większą liczbą ECTS-ów).

Zaraz po przyjeździe udałam się do biura, by załatwić wszystkie formalne sprawy. Tak jak na WSKSiM – na tamtejszym Wydziale funkcjonują nadal papierowe indeksy. Legitymacja studencka (X-ica) zapewnia wiele zniżek oraz dofinansowanie na stołówkach studenckich – tzw. menzach. Okazały się one zbawienne dla mnie i moich znajomych, gdyż ceny w Chorwacji (zwłaszcza mięsa!) są znacznie wyższe niż w Polsce. Śniadania, obiady i kolacje podawane są od wczesnych godzin porannych aż do godz. 21. Ceny są śmiesznie niskie – za dwa dania, napój i deser zapłacić można średnio od 6 do 12 kun (ok. 3,60 – 7,20 zł). Wyżywienie zatem to najmniejszy problem studiowania w Chorwacji.  Ceny akademików podobne są do cen w Polsce – ok. 300 zł za miesiąc. Mieszkałam w pokoju dwuosobowym z Chorwatką. Warto też dodać, że dzieliłyśmy łazienkę z koleżankami z sąsiedniego pokoju, co – wbrew moim oczekiwaniom – okazało się dobrym rozwiązaniem. W akademiku pokoje nie były zbyt duże, jednakże w innych domach studenckich, za nieco wyższą cenę, można było zapewnić sobie trochę więcej przestrzeni (z toaletą prywatną lub z łazienkami znajdującymi się na korytarzach). Na każdym piętrze znajduje się także kuchnia. Wybrałam najtańszą opcję i nie żałuję – pokój był bardzo komfortowy.

W semestrze letnim uczęszczałam na 5 kursów: Oriental Jews and Arabs in the time of Zionism, Pop politics, Political Geography and Geopolitics, Media and Diversity, Ethics in Journalism. Dwa ostatnie przedmioty prowadzone były przez tego samego wykładowcę. Podstawą ich zaliczenia było przygotowanie prezentacji na ustalone wcześniej tematy oraz napisanie eseju na ich podstawie. Okazały się to kursy najłatwiejsze i zarazem najprzyjemniejsze, gdyż profesor prowadząca dała nam wolną rękę – polegała na naszych zainteresowaniach i inspiracjach. Zajęcia odbywały się w mały grupach, w skład których wchodzili wyłącznie studenci zagraniczni. Geopolityka  okazała się być tzw. e-course’em, fizycznie zajęcia odbyły się 2-3 razy. Warunkiem zaliczenia było także napisanie eseju  na 10 stron. Pop politics był jednym z bardziej wymagających przedmiotów, jednakże napisanie eseju na ocenę bardzo dobrą zwolniło mnie z egzaminu. Ostatni przedmiot także został zaliczony  na postawie oceny z eseju. Wcześniej wykładowca przeprowadził dwa quizy sprawdzające naszą wiedzę. Najwięcej czasu pochłonęło pisanie samych esejów, gdyż każdy z wykładowców wymagał minimum 10 stron. Moja ciężka praca została wynagrodzona – indeks wypełnił się samymi piątkami.

Po doświadczeniach z Portugalii obawiałam się, że stypendium w Chorwacji także szybko się rozpłynie. Okazuje się jednak, że jest ono w zupełności wystarczające (oczywiście, o ile codziennie się nie imprezuje). Wydawałam także swoje oszczędności, dzięki czemu zaoszczędziłam stypendium na planowane przeze mnie od dawna podróże. Gdyby nie one, sporą część grantu przywiozłabym jeszcze do domu. Ale przecież nie pojechałam na Erasmusa, żeby na nim zarobić, ale aby zobaczyć coś nowego!

Jestem już w Polsce i z perspektywy tych kliku miesięcy widzę, że dobrze wykorzystałam dany mi Chorwacji (i nie tylko) czas. Wcześniejsze relacje pełne były opisów moich wojaży. Jednak to ostatnie tygodnie pobytu na obczyźnie były najowocniejsze.

Na początku lipca – jak typowy „backpacker” – udałam się wraz z kolegą do Serbii. Moim pierwszym celem była stolica tego kraju – Belgrad. Miasto jest rajem dla turystów – ceny są tu bardzo niskie, nawet polski student może poczuć się przez chwilę jak bogacz. Obiad w dobrej restauracji to wydatek rzędu 4-5 euro. Belgrad jest także bardzo aktywny nocą – liczne bary, puby, restauracje – nawet w środku tygodnia wypełniają się po brzegi. Miałam okazję nocować w hotelu położonym blisko Skadriliji – zabytkowej, artystycznej ulicy znajdującej się na Starym Mieście. Obecnie znajdują się przy niej liczne restauracje z tradycyjną serbską muzyką na żywo. W drodze powrotnej do Zagrzebia odwiedziłam także Nowy Sad, nazywany serbskimi Atenami. Starówka jest tu jeszcze bardziej urokliwa niż w Belgradzie, a samo miasto jest o wiele czystsze i uporządkowane. Serbia to kraj, który kocha Rosję i Putina, a znaleźć tam można nawet magnesy na lodówkę z jego podobizną.

Udało mi się także ponownie odwiedzić mój ukochany Budapeszt, w którym po raz pierwszy byłam zimą tego roku, na kilka tygodni przed wyjazdem do Zagrzebia. Latem prezentuje się jeszcze piękniej. I tym razem nie mogło zabraknąć spaceru brzegiem Dunaju czy wspinaczki na Wzgórze Gellerta. 

Po uzyskaniu wszystkich ocen zorganizowaliśmy ze znajomymi 9-dniowy wyjazd, podczas którego odwiedziliśmy chorwackie wybrzeże, Bośnię i Hercegowinę oraz Czarnogórę. Najlepszym rozwiązaniem było wypożyczenie auta. Noclegi zorganizowaliśmy na dwa dni przed wyjazdem, skorzystaliśmy także z gościnności naszej chorwackiej koleżanki, która zapewniła nam 2-dniowy nocleg. W samej Chorwacji odwiedziliśmy: Szybenik, Trogir, Split, Makarską, Drvenik, Igrane, Ušće, Dubrownik. W Czarnogórze zatrzymaliśmy się na wybrzeżu w miejscowościach Kotor, Budva i Bar. W Bośni i Hercegowinie obowiązkowe punkty to Medjugorie i Mostar, a także sama stolica – Sarajewo. Gdybym chciała opisać dzień po dniu to wszystko, co zwiedziłam, zobaczyłam, jakie przysmaki jadłam albo jakie przygody mnie spotkały – potrzebowałabym co najmniej 10 stron. Niech zachętą do odwiedzenia tych miejsc będą zdjęcia, które (zaręczam!) nie ukazują nawet w połowie prawdziwego piękna odwiedzonych przeze mnie miejsc.

Mój drugi Erasmus był zupełnie inny niż pierwszy – dojrzalszy. Z czasem człowiek mądrzeje, znajduje w życiu inne priorytety, ceni inne wartości. Satysfakcjonujące było zaliczenie wszystkich przedmiotów bez najmniejszych problemów, słowa uznania od profesorów, dobre oceny. Mój pobyt w Chorwacji był przepełniony podróżami, odkrywaniem siebie, swoich mocnych stron, poznawaniem nowych ludzi oraz, co najważniejsze, nawiązywaniem z nimi trwałych przyjaźni. Nie sądziłam, że poznam tak wielu wspaniałych Polaków i Chorwatów, których będę traktować jak swoją rodzinę. Imprez było nieco mniej – więcej spotkań w gronie najbliższych i radości z ich obecności. Jak się okazało, dla trójki moich znajomych był to także drugi Erasmus i doszli oni do podobnych wniosków. Wspólne podróżowanie, posiłki, nauka, spędzanie wolnego czasu jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyły. Pomimo początkowych wątpliwości, nie zmieniłabym nigdy mojej decyzji! Cóż mogę powiedzieć – polecam, Maria Gondek.

A może by tak napisać książkę?

Maria Gondek