Gdy kończy się stypendialny grant. Madryt (nie) na kieszeń studenta

Gdy lądowałem na lotnisku Barajas, sądziłem, że przez pięć najbliższych miesięcy przeliczę dokładnie każde euro na złotówki.  Powiedzenie: „życie jak w Madrycie” ma swoje odbicie w kosztach życia w stolicy. Plan, jaki miałem, wydawał się prosty – oszczędzać, dbać o stypendium i nie wydawać go na głupoty. Oczywiście nie udało się. Wydałem wszystko, nawet więcej, lecz do Polski wracam bogatszy.

Studentowi trwonienie pieniędzy nawet nie przychodzi na myśl! Wszystkie koszta są przeliczone – jedzenie, transport… Tylko dodać do tego dodatkowe koszty, trochę nieprzewidzianych wydatków, poza tym jeszcze trochę dodatkowych kosztów [!] i… Erasmus+ staje się walką o przetrwanie w miejskiej dżungli.

Co ciekawe, stolica Hiszpanii to miejsce studentom bardzo przyjazne. W każdej dzielnicy natykam się na różne miejsca, które, dzięki legitymacji, stoją dla mnie otworem. Sama uczelnia oferuje szereg usług i aktywności: siłownię, sporty, wypady w góry. Oprócz tego działają koła zainteresowań. W ich ofercie programowej znajduję sesje z degustacji win, kółko kulinarne, warsztaty filmowe oraz teatr (niestety w języku hiszpańskim).

Moje ulubione miejsca w Madrycie to dwa kina. Pierwsze z nich mieści się w siedzibie Hiszpańskiej Akademii Filmowej (tej, która przyznaje nagrody filmowe Goya), drugie to Filmoteka w Cine Dore. Wstęp do pierwszego jest darmowy – wystarczy zgłosić się po „zaproszenie” odpowiednio wcześnie w dniu projekcji. Jako że Akademia proponuje tytuły, które swoją premierę miały już jakiś czas temu, nie trzeba się martwić o to, że zabraknie miejsc. Pokazy filmowe czasami połączone są z prelekcjami i wywiadami z osobistościami z branży filmowej. Jest to okazja do obejrzenia wielu filmów, których dystrybucja w Polsce obeszła się bez echa.

Natomiast wejście do Cine Dore ukryte jest wśród uliczek pełnych małych sklepików z mięsem, rybami i owocami. Nieduża, lecz przeurocza fasada stanowi wejście do niezwykłego świata starej kinematografii. Po zakupie biletu za 2 euro wchodzimy na jedną z trzech ogromnych, zabytkowych i przepięknie zdobionych sal kinowych. Program jest dostępny w Internecie – w czerwcu, oprócz kina włoskiego i hiszpańskiego, dominują również westerny z lat 60. i filmy amerykańskiego kina drogi.

Ze stacji głównej Atocza tylko kilka minut dzieli nas od jednego z największych muzeów w Madrycie – Museo Reina Sofia. Tutaj, podobnie jak w Muzeum del Prado, w konkretny dzień wstęp jest wolny. Legitymacja studencka upoważnia nas do darmowej wizyty przez cały czas. Nie doceni tego przywileju ten, kto nie widział, jakie tłumy szarżują kasy w wolne soboty. 

Museum del Prado – chyba najbardziej sławne muzeum w stolicy – wieczorami ma również swoje darmowe godziny otwarcia. Z legitymacją studencką można tu wejść bez przeszkód i do woli podziwiać spuściznę wieków.           

Madryt jest jak nieskończona kopalnia ulic, ludzi, stylów, wrażeń, kultury. To właśnie te rzeczy są najcenniejsze. Pięć miesięcy to zdecydowanie za mało, by odkryć to, co mieści się pod fasadą budynków, kamienic, co skrywa uśmiech przechodnia. Tego nie można kupić.

Emil Książczak