Od miesięcy szukam dzieła, które mnie zachwyci. Nie może być to dzieło byle jakie. Musi mieć odpowiednią formę, kompozycję i treść. Chciałbym, aby  zachowywało odpowiednie proporcje, było utrzymane w stonowanych, ciepłych barwach, a także posiadało ramkę.
Co dzień przechodzę alejami pełnymi obrazów, rozglądam się na lewo i prawo. Bez skutku. Malowidło, którego szukam, to prawdziwe dzieło. 
              Pewnego dnia w moim domu zawitał osobliwy portret. Przedstawiony na nim człowiek był młody i łysiał na czubku głowy. Chudymi rękami trzymał się w pasie. Zawiesiłem obrazek na ścianie w przedpokoju i zacząłem się mu bacznie przyglądać. Młodzieniec miał zmarszczone czoło i lekko uniesione brwi.
             Czasami, w pustej sali, staję w bezruchu i patrzę na obraz. Wtedy, jeśli dzieło jest dobre, odczuwam zakłopotanie. Nie wiem bowiem, czy to dzieło naśladuje mnie, czy ja naśladuję dzieło. Odsłaniam się, jak przed lustrem, patrzę na obraz i widzę holenderski romantyzm. Krajobraz zaś, patrząc na mnie, widzi mgłę i ciemnozieloną puszczę. Innym razem staję przed płótnem Turnera. Spoglądam nieśmiało, bo w sali są inni ludzie. Boję się odkryć, lecz obraz chwyta mnie szybko i świdruje na wylot. Nagle zaczynam promieniować żywym i krwistym kolorem słońca. Urywam spojrzenie, rozglądam się zawstydzony- przechodzą ludzie. Obraz jednak dalej patrzy. Widzi mnie z góry.  Prosi, wymaga, bym znowu się skupił. Wstydzę się.
             Wciąż szukam dzieła, które nie pozwoli, bym odwracał wzrok. Wszystkie inne obrazy są dla mnie tylko częściowe. Wyspiański to moja ręka, Chełmoński to nogi, Witkacy to głowa. Każdy obraz patrzy na mnie inaczej. Heda widzi bogacza, a Courbet chłopa. Każda alejka to inne lustra.  Jedne spłaszczają, drugie rozciągają. Rembrandt natomiast, to lustro pęknięte.
            Porzucony mistrz patrzy pytającym wzrokiem na moją marność. Pyta, czy wiem, oznajmia porażkę. Wyłania się z czerni ten ostatni raz i widzi, jak robię kolejny krok w stronę przepaści. Widzi, jak bagaż moich doświadczeń i wytworów w końcu stanie się zbyt ciężki. Upadnę, a przygniecie mnie to, co sam stworzyłem, co chciałem stworzyć. Mistrz chowa się w głębokiej ciemności i nie powie nic więcej.
             Najgłębszym lustrem jest Bouguereau. Kiedy patrzę , nie wiem, czy ten obraz mnie wciąga, czy raczej wyciąga z grzesznej otchłani. Nie potrafię powiedzieć, czy prowadzi mnie do czerni, czy kieruje do światła. Może lustruje moją duszę i pozwala poznać mi najcięższe pokusy i własne  pragnienia.
Stojąc przed „Wenus” oddaję się pięknu, jak uroczej kochance. Spieram się też z samym sobą i doznaję rozdarcia. Jak Satyr ciągnięty przez nimfy, nie wiem, czy uciec, czy się poddać. Najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że widzę siebie z dystansu – z pozycji świadomego już troche widza. Najgorsze natomiast, że artysta nie może mnie osądzić. 
               Portret w moim mieszkaniu zaczyna się zmieniać. Jest „bezpośredni” aż do bólu. Śmieje się wraz ze mną, płacze i mówi do mnie, jak gdyby nigdy nic. Towarzyszy mi wszędzie. Jest w szybie naprzeciwko mnie, gdy jadę metrem; widzę go w sklepowych wystawach. Cokolwiek robię – jest ze mną. Jest na monitorze, gdy ładuje się ściągnięty materiał; jest też w oczach. Każdych oczach. Odbijam się w tym obrazie. Odbijam się we wszystkim, co robię i w każdym człowieku. Widzę siebie przez pryzmat wzroku innych, przez pędzel i przez dźwięki.
           Czasami stoję i patrzę się na dzieło sztuki, jak na lustro. Artyści skrycie obnażają części mojej duszy.  Mogę dzięki temu stanąć w prawdzie. Popatrzeć w lustro, jak na dzieło sztuki. Dzieło sztuki, które również spogląda się równo na wszystkie części mojego ciała. I widzi je takimi, jakimi są.

Emil Książczak