Moi mistrzowie

Rodzicom i kapłanom

Nie byłoby mojego kapłaństwa, gdyby nie wiara rodziców

Zaproszenie przez redakcję „Naszego Dziennika” do podzielenia się kilkoma wspomnieniami dotyczącymi mistrzów na drogach mojego życia jest bezcenne. Pozwala bowiem, choć w niewielkiej części, okazać bezmiar wdzięczności.

Chyba zawsze traktowałem spotkanych ludzi, choćby takich, z którymi dane mi było wędrować stosunkowo krótko, jako bezcenny dar. To dzięki nim, dzięki każdemu z nich, coś we mnie dojrzewało, stawało się, krzepło. Każdego z nich chciałoby się choć krótko przywołać, ale słowo „mistrz” nakazuje mocno zawęzić tę litanię wdzięczności.

Nie jest niczym oryginalnym, ale bezwzględnie prawdziwym, że pierwszymi mistrzami mojego życia byli moi rodzice. Spotkali się w mojej rodzinnej Jeleniej Górze, wędrując tutaj z różnych stron. Mój śp. Tato, Nikodem, przybył z Kresów Wschodnich, z okolic Brasławia. Moja śp. Mama, Zofia, przybyła spod Tarnowa, po okresie okupacji spędzonej na przymusowych robotach w Niemczech, a także – po zwolnieniu stamtąd – po traumatycznych wydarzeniach „wyzwolenia” przeżytych w Wadowicach. To były dwa różne światy, to były dwa światy dojrzałych już ludzi, którzy zawarli ślub kościelny (dopiero po nim cywilny – jakkolwiek to dzisiaj brzmi) bardziej z rozsądku i pragnienia wzajemnego wsparcia niż z miłości. To, co dane mi było obserwować po latach od tamtej decyzji, to rozwój takiej wierności i takiej miłości, jakiej życzyłbym wszystkim małżonkom. Zawdzięczam im życie, a w nim, to co najcenniejsze – wiarę. Wiem, że nie byłoby mojego kapłaństwa, nie byłoby mojej pracy, w której staram się służyć Bogu i Kościołowi, gdyby nie ich wiara, modlitwa, cierpienia mojej śp. Mamy.

Galeria wielkich kapłanów

W okresie moich studiów w seminarium poznańskim poznałem wielu wspaniałych profesorów. Spośród tych, którzy odeszli do wieczności, chciałbym wspomnieć moich wychowawców i profesorów, niedawno zmarłych – ks. Bogusława Nadolskiego, ks. Edwarda Szymanka. Spośród księży diecezjalnych wspominam wielokrotnie ks. Mariana Banaszaka, ks. Michała Petera, ks. Mariana Finkego i innych. Na KUL, gdzie kontynuowałem swoje studia, dane mi było także spotkać się z wieloma wybitnymi osobistościami. Wspomnę tylko dwie postacie. Jedną z nich był śp. ks. prof. Tadeusz Styczeń, następca kard. Karola Wojtyły w Katedrze Etyki na KUL. Kiedy tylko był w Lublinie, codziennie spotykaliśmy się na Mszach św. w kościele akademickim, gdzie dane mi było głosić krótką homilię. Potem, raz w tygodniu, na wykładach – ja słuchałem wykładów Księdza Profesora. Wprowadzał nas swoim niezwykłym językiem, bardzo wyrafinowanym i precyzyjnym, w świat pojęć z pogranicza filozofii i teologii. Nie był to język łatwy. Jako wykładowca czytałem po latach swoim studentom streszczenie jednego z wykładów „Etyka jako antropologia normatywna”. Proponowałem studentom, że mogą zrezygnować z wykładów, jeśli przyswoją sobie ze zrozumieniem ten niespełna stronicowy skrót. Wybierali semestralną obecność na zajęciach Druga postać to będący wtedy dość krótko po doktoracie śp. ks. prof. Janusz Nagórny, zafascynowany pograniczem teologii biblijnej i teologii moralnej. Zdecydowanie przedwcześnie zmarły.

W tym czasie spotkałem ponownie swojego mistrza. Świętej pamięci ks. prof. Seweryna Rosika poznałem już w okresie studiów seminaryjnych w Poznaniu. Pisałem u niego pracę magisterską, na KUL pojechałem, by kontynuować u niego studia doktoranckie. Po przyjeździe okazało się, że mój Profesor jest na rocznym urlopie zdrowotnym. Dowiedziałem się, że wracając z urlopu w Niemczech, na stacji kolejowej w rodzinnym Krotoszynie został poproszony przez nieznajomego podróżnego o przeniesienie ciężkich walizek. Ksiądz Profesor sam był schorowany, ale nie odmówił prośbie. Przypłacił to zawałem serca. Ten gest pozostał mi na zawsze w pamięci. Tak jak w pamięci pozostaje widok obrazu w jego mieszkaniu lubelskim – portretu jego krewnego ze strony matki – bł. bp. Michała Kozala.

Ksiądz Profesor pasjonował się tematyką synejdezjologii – nauki o sumieniu. To, co bardzo mnie pociągało w jego stylu myślenia, to sposób uprawiania teologii moralnej w powiązaniu ze współczesnym kontekstem filozoficznym. To sposób argumentacji, to wielka erudycja. A przy tym ogromna, ujmująca skromność.

Blask Jana Pawła II

Człowiekiem, który odegrał i odgrywa największą rolę w moim życiu, był i jest św. Jan Paweł II. Od razu chcę wyznać, że nie dane mi było nigdy spotkać się z Karolem Wojtyłą – Janem Pawłem II blisko, osobiście, prywatnie. Pierwszy raz zobaczyłem kard. Wojtyłę w Poznaniu w 1978 r. na uroczystościach związanych z nawiedzeniem obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Jako klerycy robiliśmy wtedy zdjęcia – slajdy. Jeden film ze slajdami, który potem dzieliliśmy między kilku z nas. Moi starsi koledzy przechwycili wówczas wszystkie slajdy, na których był kard. Stefan Wyszyński. Ja otrzymałem trzy czy cztery, w tym te, na których był kard. Wojtyła. Bo on pozostawał wtedy jeszcze w cieniu Prymasa Tysiąclecia. U początku drugiego roku mojego seminarium pojawił się dzień 16 października 1978 r. I zaczęło się. Naturalnie, spontanicznie. Zainteresowanie tym, co dzieje się w Watykanie, w Kościele. Spoglądanie z daleka, a zarazem świadomość, że jest się coraz bliżej, w środku.

Pierwsza pielgrzymka w 1979 r. Spędziłem ją w Częstochowie, na Jasnej Górze. Wraz z ks. Michałem Kamińskim, moim starszym współbratem, oraz z dwoma panami robiliśmy dekorację na wałach jasnogórskich na przyjazd Papieża. Nagrodą była bliskość w wydarzeniach papieskiej pielgrzymki. I tej bliskości zasmakowałem. Poza 1987 r., gdy z powodów rodzinnych nie mogłem podróżować za Papieżem, brałem udział w każdej pielgrzymce. Czytałem jego dzieła. Niekiedy zatrzymywałem się na jednym zdaniu. Tak było kiedyś, gdy wziąłem w nocnym pociągu do ręki „Dar i tajemnicę”. I przeczytałem: „Historia mojego powołania kapłańskiego? Historia ta znana jest przede wszystkim Bogu samemu”. Najprostsze słowa i najmądrzejsze.

Dane mi było w trakcie pielgrzymek do Watykanu dwukrotnie spotkać się z Ojcem Świętym. Także po raz trzeci, gdy wraz z Senatem UAM byłem na uroczystości wręczenia doktoratu honoris causa Ojcu Świętemu. Po latach myślę, że ten brak osobistych wrażeń z osobistych spotkań pozwala mi rozkoszować się tym, co było treścią papieskiego nauczania, co było sednem jego przesłania.

Ono wciąż we mnie żyje. Dziś, gdy często staję zagubiony pośród prób banalizacji Kościoła, jego nauki, pośród nowych wyzwań – nie czuję się ostatecznie zdezorientowany. Mam wciąż żywe słowa Jana Pawła II. I przekonuję się, że są one dziś bardziej aktualne niż wtedy, gdy były wypowiedziane.

Grono Mistrzów i Nauczycieli musi być dopełnione choćby jednym słowem o przyjaciołach. Tych żyjących, tych najprawdziwszych i zarazem tych wyjątkowych. Nie wymieniam ich imion, ale Bogu dziękuję za każdego z nich.