Ostatnie spojrzenie na Sofię

Czas spędzony na stypendium zagranicznym w Bułgarii nieubłaganie zbliżał się do końca. Skończyły się zajęcia i nadszedł czas egzaminów. Musieliśmy odłożyć wycieczki, gdyż większość z nas pogrążyła się w nauce. Jako że na początku wybrałam trudne przedmioty, egzaminy wymagały dużego nakładu pracy. Przede mną wyzwanie, które każdego Erasmusa przyprawia o ciarki: 8 egzaminów, 3 projekty, 2 eseje i 4 prezentacje. Zewsząd słyszałam głosy, że to za dużo, że inni mają 4 eseje i to wszystko. Byłam najwyraźniej na innym kursie, bo moich profesorów nie udało się przekonać, aby zrezygnowali z choćby kilku pytań z bazy, a co dopiero z całego egzaminu. Część z tych egzaminów była wręcz przyjemnością: wszystko jasno i dokładnie wytłumaczone – uzyskanie wysokiej oceny dla większości nie stanowiło problemu. Inne wymagały długiego przygotowania, zarwania kilku nocy, hektolitrów kawy, a ostatecznie… i tak każdej prezentacji towarzyszył stres.

W poprzedniej relacji wspomniałam o wycieczce do Trigradu. Teraz mogę już powiedzieć o niej nieco więcej i podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Wyjazd nie rozczarował nas. Choć każdego dnia padało, a moje buty i ubrania są kompletnie zniszczone, było warto. Wspinaczka skalna, wędrówki górskie, spływy pontonowe, jazda jeepem, jazda konna – to tylko część oferowanych atrakcji. Po raz kolejny zaskoczyło mnie to, jak beztrosko Bułgarzy podchodzą do rozlokowania osób w pokojach (tym razem dysponowaliśmy „trójkami”). Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna? Dlaczego nie? Dla Bułgarów nie stanowi to problemu i taki układ jest tu – wbrew moim przypuszczeniom – bardzo często kombinacją.

Do Sofii wróciliśmy wykończeni – po raz pierwszy w autokarze było tak cicho. Następnego dnia Facebook został zasypany zdjęciami, na których śpimy dziwnie powykręcani i z otwartymi ustami. Niemniej jednak wszystkie te wycieczki pozwoliły nam lepiej poznać Bułgarię, kulturę, ludzi – i poniekąd pobawić się w odkrywców. Dlatego z niecierpliwością wyczekujemy kolejnych (już po zakończeniu egzaminów): do 7 Rila Lakes i Warny.

Teraz, pod koniec mojego pobytu w Bułgarii, zaczęłam zwracać baczniejszą uwagę na detale. Co noc zaskakuje mnie pokaz fajerwerków o północy (mogę je oglądać ze swojego pokoju na 11. piętrze). Intrygujące jest zachowanie policji i straży miejskiej – funkcjonariusze podchodzą do nas w parku, żeby porozmawiać. Z kolei od taksówkarza, który pewnego dnia odwoził mnie do akademika, dostałam kwiaty. I to dlatego, że próbowałam rozmawiać z nim po bułgarsku. Wydarzenia te są tak różne od tych, jakich doświadczam na co dzień, że dopiero teraz, po pewnym czasie, mogę ocenić ich wyjątkowość.

Może się wydawać, że Bułgaria, zaścianek Europy, nie jest wymarzonym miejscem na realizację programu Erasmus. Nic bardziej mylnego. Uważam, że nie mogłam trafić lepiej i gdybym mogła zatrzymać czas, zatrzymałabym go właśnie w tym miejscu. Wiem, że już zawsze będę wspominała te chwile z uśmiechem. Już teraz odczuwam smutek z powodu nadchodzącego wyjazdu i wiem, że będę niewyobrażalnie tęsknić.

Kalina Pilc