Powstaniec, malarz, święty

Wkrótce premiera kolejnego filmu wyprodukowanego przez wychowanków WSKSiM w Toruniu

ROZMOWA / z Witoldem Ludwigiem, reżyserem filmów „Zerwany kłos” oraz „Nędzarz i Madame”

 

Na jakim etapie jest produkcja filmu „Nędzarz i Madame”?

– Z Bożą pomocą zakończyliśmy już nagrania filmu z kompletem ujęć. Tym samym zamknęliśmy tzw. etap zdjęciowy i wkroczyliśmy w ostatnią, studyjną fazę montażu. To żmudny, lecz piękny etap koronujący dzieło filmowe. To wzruszające uczucie widzieć owoce pracy tylu osób, składające się – klatka po klatce – na opowieść o św. Bracie Albercie. Wkrótce przed nami praca nad efektami specjalnymi, udźwiękowieniem, a na koniec kompozycja i nagrania partytury orkiestrowej i chóralnej. Prace te obrazowo porównałbym do przywdziewania sukni ślubnej przez pannę młodą. Wówczas film będzie gotowy, aby w pełnej krasie zaprezentować go na srebrnym ekranie.
Jak długo trwały zdjęcia filmowe?

– Zrealizowaliśmy 46 dni zdjęciowych w ciągu 10 miesięcy. Dlaczego aż tyle? Pragnęliśmy – trochę jak w koncertach Vivaldiego – uchwycić piękno wszystkich czterech pór roku, które stanowią symboliczne tło dla przeżyć Adama Chmielowskiego. Ta malarska i filmowa odyseja ukazuje także piękne oblicza Polski. Plenery kręciliśmy w Biebrzańskim Parku Narodowym, nad Morzem Bałtyckim, a z obiektów wymieńmy m.in: dawny Klasztor Kanoników Regularnych w Żaganiu, Teatr Polski w Poznaniu i Teatr Słowackiego w Krakowie. Oprócz tego liczne dekoracje budowane i lokacje adaptowane. W filmie występuje ponad 20 wybitnych aktorów oraz kilkuset statystów. Dlatego przedsięwzięcie wymagało czasu, aby – rodząc się nie bez bólów – oddać doniosłość doświadczeń Brata Alberta czy splendor scenicznych dokonań Heleny Modrzejewskiej.

Co stanowiło największe wyzwanie na planie filmowym?

– Wyzwania przy realizacji filmu mają różne poziomy. W pierwszej kolejności przychodzi na myśl aspekt organizacyjny, logistyczny czy artystyczny dzieła. Rzeczywiście praca z nowoczesną techniką zdjęciową, koordynacja statystów, kostiumy i rekwizyty czy inscenizacja tak trudnych wątków jak amputacja nogi albo zbiorowe sceny w teatrach były ambitnym wyzwaniem dla młodego zespołu. Wbrew pozorom nie to było jednak najtrudniejsze. W szerszym rozumieniu trudniejsza jest próba życia na miarę bohatera, o którym ośmielamy się opowiadać, aby nie była to tylko sztuka dla sztuki.

Doświadczenia zdobyte podczas reali-zacji filmu „Zerwany kłos” procentowały na planie „Nędzarz i Madame”?

– Wszystkie początki są skromne. Na planie filmowym „Nędzarza i Madame” na każdym odcinku staraliśmy się zrobić krok naprzód. Zmieniła się technika zdjęciowa, poszerzył się zespół aktorów i statystów, liczba obiektów i kostiumów. Było to jednak konieczne, gdyż życie Adama Chmielowskiego obfituje w tak wiele przeżyć: powstańczych, artystycznych i duchowych. Pozostawił po sobie ogromny dorobek artystyczny i duchowy – wiele listów, pism i obrazów. To sprawiło, że musieliśmy rozpiąć większe żagle i szukać silniejszego wiatru. Mam nadzieję, że będzie to na miarę powierzonych nam nadziei i zaufania.

Czy godziny spędzone na planie filmowym, a teraz w studiu podczas postprodukcji zmieniły Pana podejście do Adama Chmielowskiego, a także do Pana Boga?

– Pozwolę sobie na pewne wyznanie. Adam Chmielowski jest mi osobiście bliski, ponieważ został wyniesiony na ołtarze 12 listopada 1989 roku, a Opatrzność zechciała, że było to w roku moich urodzin, a zarazem w dniu imienin. Wierzę, że Pan Bóg posługuje się takimi znakami, których odczytywanie inspiruje nas do działania. Sądzę, że relacje z Bratem Albertem i z Bogiem każdego z nas z każdym dniem pracy nad filmem się pogłębiały. Realizacja filmu – oprócz wielu doświadczeń i pokus – była po ludzku rekolekcjami dla całego zespołu filmowego. Charyzmat Brata Alberta jest dla nas nieoceniony. Wierzę, że święty będzie oddziaływał teraz także poprzez ten film.

A do kogo Pan go adresuje?

– Dokładamy starań, aby było to barwne widowisko historyczne, kostiumowe i religijne z pełnokrwistymi bohaterami i wyrazistym przesłaniem, wybitną obsadą i piękną oprawą wizualną. W tym znaczeniu ma prawo zainteresować wielu widzów. Dzięki ofiarności Rodziny Radia Maryja Fundacja Lux Veritatis mogła stworzyć warunki do powstania ciekawego i nowatorskiego dzieła ewangelizacji. Powinniśmy być godziwą alternatywą dla kulturowego nihilizmu. Dla nas widz jest przede wszystkim człowiekiem. Niestety, w przemyśle filmowym pokutuje myślenie traktujące publiczność merkantylnie – widz jest konsumentem, targetem lub grupą docelową, której chce się sprzedać produkt. Takie myślenie jest nam obce. Film tworzymy na wysokim poziomie artystycznym z myślą o kształtowaniu sumień i charakterów.

Komu szczególnie zawdzięcza Pan możliwość realizacji filmu?

– Myślę, że to kwestia, od której powinniśmy zacząć. Aby nikogo nie pominąć, proszę pozwolić, że spojrzymy na sprawę szerzej niż tylko personalnie. Film mógł się zrodzić dzięki twórczemu wysiłkowi wyjątkowego środowiska akademickiego Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Daje ona młodemu pokoleniu szansę duchowego oraz intelektualnego wzrostu. Patronat Fundacji Lux Veritatis nad wychowankami tej uczelni oraz pracownikami Telewizji Trwam i Radia Maryja pozwolił przemówić językiem kinematografii, dając szansę na ciekawą formę nowej ewangelizacji.

Jest to jednak możliwe dzięki wsparciu Rodziny Radia Maryja za sprawą przekazania 1 proc. podatku dochodowego na rzecz Fundacji Lux Veritatis. Film „Nędzarz i Madame” jest jednym z wielu kierunków działań Fundacji i dowodem wdzięczności wychowanków WSKSiM za to dobro. Dziękujemy za to zaufanie. Mam nadzieję, że film spodoba się naszym widzom.
Ilu studentów WSKSiM pracowało przy filmie?

– Wychowankowie uczelni współpracowali z wybitnymi mistrzami, dlatego ten czas był dla nich wielką szansą rozwoju. Biorąc pod uwagę pełny czas pracy nad filmem, można mówić o setkach studentów zaangażowanych w różnych pionach – operatorskim, dźwiękowym, organizacji planu, administracyjnym oraz pośród statystów. Staraliśmy się angażować studentów tak, by to nie kolidowało z ich studiami, ale aby było ich dopełnieniem. Każdy dzień na planie filmowym zaczynaliśmy i kończyliśmy modlitwą, co – mam nadzieję – było dla nich dobrym przykładem. Dla wszystkich było to bardzo naturalne, a dla gości stanowiło ciekawe świadectwo. To była taka wspólnota pracy i modlitwy. Zachęcamy uczniów szkół średnich, aby zaczęli studia na naszej uczelni, może wówczas to oni będą tworzyć kolejne dzieła nowej ewangelizacji.

A jakie ma Pan plany związane z kolejnymi produkcjami filmowymi?

– Miejmy nadzieję nie popełnić grzechu zaniedbania żadnego z Bożych natchnień. Pozwólmy jednak rodzić się i dojrzewać wszelkim sprawom w cichości serca – „człowiek planuje, Bóg zdecyduje”. Tymczasem jednak przygotowujemy się do premiery filmu „Nędzarz i Madame”.

Znany jest już jej termin?

– Dziękuję za przywilej odpowiedzi, chciałbym jednak, aby informacja na ten temat mogła uroczyście paść z innych ust w niedalekiej przyszłości. Już teraz jednak zapraszamy Rodzinę Radia Maryja na prapremierę filmu.

Jaką siłę w ewangelizacji ma kultura?

– Siła kultury jest ogromna i budująca, podobnie jak ogromna i niszcząca jest siła antykultury. Od nich zależy mentalność ludzkich postaw oraz model rodziny. Dlatego należy dać odważną i symetryczną odpowiedź na zalewający nas nihilizm. Nie zniechęcajmy się obecnością zła. Pokolenie Brata Alberta i Heleny Modrzejewskiej żyło w czasach niewoli. A jednak to właśnie wtedy Polska wydała największych Polaków i najpiękniejsze dzieła. Obraz „Ecce Homo” jest opus magnum Adama Chmielowskiego. To nie tylko arcydzieło, ale i testament duchowy. Naśladowanie Pana Jezusa stało się motywem przewodnim jego życia. Jest także lejtmotywem filmu „Nędzarz i Madame”.

Od kiedy miał Pan pragnienie, by być reżyserem?

– Właściwie nigdy tego nie pragnąłem. Podobnie jak moi przyjaciele nie przypuszczaliśmy, że będziemy powołani do takich spraw. To dojrzewało przez lata studiów w WSKSiM w Toruniu. Daje się odczuć wielkie prowadzenie Opatrzności. Czasem sami jesteśmy wrogami samych siebie i własnych zamysłów, a jednak miłość rodziców, poświęcenie wychowawców i obecność przyjaciół sprawia, że pewne rzeczy się udają. Wszystko jest możliwe dzięki Bożej łasce i odpowiadaniu na nią.

A co sprawiło, że wybrał Pan studia na WSKSiM?

– Wzrastałem w rodzinie słuchającej Radia Maryja oraz aktywnie uczestniczącej w jego życiu. Obie siostry są absolwentkami toruńskiej uczelni. To pragnienie studiowania w WSKSiM nie było jednak od razu takie oczywiste. Chciałem studiować historię sztuki, byłem już na liście innego uniwersytetu, a nawet zakwaterowany na stancji! Pamiętam sytuację, gdy o. Tadeusz Rydzyk przyjął moją mamę wraz ze mną w Radiu Maryja przy okazji Dziękczynienia w Rodzinie. Przy tym samym stoliku rozmawialiśmy później jeszcze wielokrotnie. Czasem żartuję, że miałem ojcu „za złe”, że w ogóle mnie nie namawiał na studia. A na pytanie: „co zrobić?”, powiedział tylko: „do kaplicy, do kaplicy”. No i poszedłem.

Czy podczas realizacji kolejnego już filmu doświadcza Pan wsparcia dyrektora Radia Maryja?

– Ojciec dyrektor cieszy się radościami swoich wychowanków, nigdy nie gasi ich entuzjazmu, lecz rozdmuchuje każdą iskierkę. Ojciec stwarza taką atmosferę, że czujemy się jego duchowymi uczniami. Chociaż lubię czasem w nas widzieć gromadę niesfornych „wnucząt”. Proszę mi wierzyć, ojciec wcale nie ma z nami łatwego życia.

Dziękuję za rozmowę.