Jesteśmy w Agrze, części Indii znanej z przesławnego pałacu Taj Mahal, gdzie pewien hindus śpieszy do pracy. Abdul (Ali Fazal) zaczyna dzień jak zwykle, kontrolując tkactwo dywanów do królewskich pałaców daleko w Anglii. Nie spodziewa się jednak wieści, które przybyły prosto od cesarzowej Indii, królowej Wiktorii (Judi Dench). Wraz z Mohammedem (Adeel Akhtar) – drugim z „pospolitych”, do których los się uśmiechnął, w trybie natychmiastowym Abdul opuszcza życie, które zna, aby współuczestniczyć w ceremonii jubileuszu panowania królowej i wkrótce potem zostaje jej osobistym lokajem. Królowa w obłędnym tempie przywiązuje się do niesamowicie kontaktowego i radosnego przybysza, powodując ogólny niepokój pośród dworu. Powiernik Królowej to film w reżyserii Stephena Frearsa z 2017 roku, dystrybucją tego dramatu biograficznego zajęły się wytwórnie Universal Studios Entertainment oraz Fous Features.

Już od początku widz zostaje wciągnięty w wachlarz wątków, jakie oferuje film – dlatego postanowiłam poświęcić temu nieco więcej uwagi – po ekspozycji zastanawiamy się czy coś w Powierniku królowej się ustabilizuje, dostajemy jednak tylko chaos. Być może niektórzy uznają tę wielowątkowość za interesującą, ponieważ naprawdę nie wiadomo czym dalej posłuży się reżyser, aby przyciągnąć nas do telewizora – ale ja nie uważam, żeby to był fundamentalny argument „za” filmem. Oczywiście główny wątek dotyczy kiełkującej przyjaźni królowej i hindusa, która – według typowego hollywoodzkiego stylu – rozwija się niezwykle szybko, przez co automatycznie traci na wiarygodności. Nie wspominając już o tym, że królowa odtrąca od siebie cały dwór i jest on nagle tylko tłem, a nie częścią jej życia. Najważniejszym zaś kawałkiem w układance staje się Abdul, język urdu i mango – cóż, aby się nie powtórzyć… jest to po prostu nieprawdopodobne. Gdzieś w tle przewija się niezadowolenie oraz oburzenie osób najbliższych królowej. Szczególnie bacznie przyglądamy się poczynaniom i zachowaniu księcia Bertiego (Eddie Izzard), który jest następny w kolejce do tronu. Królowa nie zwraca najmniejszej uwagi na sugestie i jego czerwoną ze złości twarz. Doskonale wie, że jest on tylko jednym z jej wielu dzieci, które jak na szpilkach czekają na jej śmierć i swój jak najobfitszy sukces. Nie mamy również co liczyć na interwencję rządu z premierem na czele. Jest to potworne zaniedbanie lub śmiertelne niedopatrzenie psujące rzeczywistość w filmie. Premier jest tylko „wrzucony” w film i gdzieś po drodze rzuca nam kilka dosadnych spojrzeń, a na koniec zleca szambelanowi dworu intrygę. Wielowątkowość może spowodować pewne zdezorientowanie widza w czasie filmu i po jego obejrzeniu albo może stać się jednym z jego atutów – to zależy od naszego gustu.

Niezwykle ważny w filmie jest walor gry aktorskiej, do której z radością dla odmiany przejdę. Film jest charakterystycznie umiejscowiony, a mianowicie w latach 1887-1901 za czasów Wiktorii, królowej Wielkiej Brytanii – najdłużej panującego monarchy na świecie. Nie sztuką jest wybrać do takiego filmu dobrych aktorów. Trzeba ich również ubrać jak trzeba, przedstawić dokładniej postacie, aby mogli się wczuć w role oraz przede wszystkim zapewnić im warunki do tego, aby w końcu nie tyle wykonywali swoją robotę, ile naprawdę byli daną postacią. Judi Dench otworzyła nam drzwi przeszłości i ukazała główną bohaterkę w całej okazałości – zagrała 82-letnią staruszkę z reumatyzmem i nadwagą, kochającą i wierną żonę przedwcześnie zmarłego króla Alberta oraz doskonale oddała ducha wybuchowej i niezdrowo przywiązanej do władzy Królowej Wiktorii. Filmowa Wiktoria jest zabawna, ludzka i przede wszystkim jest prawdziwą królową. Abdul (Ali Fazal) jest pełny wigoru i zawsze uśmiechnięty. Wkrótce zaraża Wiktorię miłością do swojej kultury i we dwójkę przewracają dworskie życie do góry nogami. Film oddaje w nas serię strzałów, wiele się dzieje… każdy czeka na to, co jeszcze wymyśli Abdul i jak zareaguje na to królowa. Ali Fazal ukazał tę wdzięczną postać tak, jak tego oczekiwałam. Bohater jest równocześnie otwarty względem postaci w filmie i oglądających, ale również wiele ukrywa. Czy hindus był prawdziwie powiernikiem królowej czy po prostu wykorzystał uśmiech losu i wdarł się do łask monarchini? – zagadkę zostawiam zainteresowanym, którzy jeszcze nie widzieli Powiernika królowej.

Świat przedstawiony zapewnia nam ciekawą polemikę. Pałac jest nienaganny, reżyser nie bał się ukazać pałacowych wnętrz. Osobiste komnaty królowej są przedstawione jako pełne estetyki i bogactwa, ogrody są usłane zielenią i świeżymi kwiatami, służba zaś rezyduje na niższych piętrach pałacu i nie ma co narzekać na brak własnego kąta. Przeważającą część naszej uwagi zabiera piękny pałac, mam jednak pewne zastrzeżenia do Dalekiego Wschodu przedstawionego w Powierniku królowej. Indie pokazano jako kraj nad wyraz bogaty i szczęśliwy pod rządami Brytyjczyków. Indie z filmu są pozbawione biedy, chorób i slumsów. Społeczeństwo zaś nie stawia większego oporu i z pochyloną głową potulnie słucha się okupanta. Wszyscy wiemy jak bardzo Brytyjczycy umiłowali sobie ostatnio kino historyczne, uwielbiają się chwalić swoją historią, jednak prawdy o okupowanych Indiach nie zamiotą pod królewski dywan – nawet ten najładniej utkany. Nie wiemy jak było naprawdę, ale wydaje się, iż filmowa królowa bardziej interesuje się swoim nowym „Nauczycielem” niż faktyczną sytuacją w kraju, gdzie jest cesarzową. Być może podwładni z parlamentem na czele specjalnie owijają swoją królową w milutki kokon nieświadomości, przez który Wiktoria nie ma najmniejszych szans dostrzec ucisku ze strony żołnierzy brytyjskich i wszelkich potrzeb subkontynentu indyjskiego. Obserwując świat w filmie, można dotrzeć do wielu ciekawych informacji i wewnętrznych dyskusji.

Potencjalni widzowie, radzę uzbroić się w cierpliwość, gdyż nie jest to dzieło jednoznaczne. Jak widać film jest mocno wypośrodkowany w swoich mocnych i słabych stronach. Myślę, że mimo to jest wart obejrzenia ze względu na spostrzeżenia, które każdy z nas będzie miał bardzo różne po skończonym seansie. Powiernika królowej mogę porównać do lustra, w którym zamiast swojego odbicia zobaczymy przeszłość wielkiego imperium, jakim była Wielka Brytania.

Julia Starzak