Recenzja – Ignacy Loyola

Zasadniczo każde doświadczenie, niezależnie od swojej złożoności, może prowadzić
do refleksji. Podobnie rzecz ma się z tworzeniem dzieł ogólnie rozumianej sztuki. Wszystko może stać się pretekstem do takiego, a nie innego ukształtowania dzieła, czyli sposobu ujęcia tego, co w wyniku inspiracji, pragnie się ująć tudzież przedstawić za pomocą środków typowych dla wybranej dziedziny artystycznej. Może to być zwierzę, jakaś postać-człowiek, osoba realnie istniejąca, historyczna, fikcyjna, abstrakcyjna. Może to być obraz, budynek, wrażenie, emocja czy nagła chęć rozdeptania przebiegającego obok gołębia. Z reguły jednak im bardziej złożone jest dane doświadczenie, tym może doprowadzić do bardziej rozbudowanych rezultatów. Istnieje tu oczywiście wiele zależności. Doświadczenie jest niemal zawsze zdarzeniem opartym o poprzednie doświadczenia oraz zawsze ściśle indywidualnym, ze względu na niepowtarzalność bytową każdej osoby. Wiek, pochodzenie, klasa, rasa, kultura, osobowość, poglądy, religia – wszystko wpływa na odbiór zewnętrznych bodźców bądź postrzegania rzeczy abstrakcyjnych lub fikcyjnych.

Nie chciałbym się jednak wgłębiać w problematykę odmienności postrzegania. Pragnę wyłącznie wskazać na fakt, iż pewne „inspiracje” są bardziej złożone, emocjonalnie nacechowane oraz wymagają poważniejszego potraktowania. Owa powaga i ostrożność powinna w szczególności dotyczyć tematyki jawnie religijnej – przykładowo życia Chrystusa czy świętych. Tematyka ta, dotykając najbardziej niezwykłej sfery człowieka – sfery duchowości, powinna być nadzwyczaj świadomie traktowana, zarówno w wymiarze merytorycznym, co formalnym.         Jednym z nowszych przedstawień, odwołującym się do życia świętego, a zatem kwestii religii oraz ducha,  jest film w reżyserii Paolo Dy pt. „Ignacy Loyola”, który ukazał się niedawno na ekranach polskich kin. Stanowić on może inspirację do pewnego namysłu i dyskusji. Niestety, dyskusji nie odnoszącej się tyleż do religii czy myśli św. Ignacego z Loyoli, co skupionej wokół problemu formalnego traktowania tak poważnych zagadnień, jak wiara, przemiana duchowa czy świętość. Pozwolę sobie to krótko wyjaśnić.        Głównym bohaterem filmu jest tytułowy św. Ignacy Loyola (grany przez Andreasa Muñoza), hiszpański duchowny, święty Kościoła Katolickiego, założyciel zakonu jezuitów. Człowiek wprost idealny pod względem swojej „formalnej wartości”, czyli jako materia, dzięki której możemy wykreować dzieło artystyczne – w tym wypadku film. Znaczenie historyczne, osobowa barwność, charakter, przemiana duchowa, wizje, dotknięcie niezwykłej głębi mistycyzmu, potknięcia i cierpienie życiowe Loyoli –  doskonale nadaje się do przeniesienia na język filmu. Daje również możliwość zwrócenia uwagi szerszej publiczności na duchowość, samą osobę św. Ignacego, zakon jezuicki, aż wreszcie bogactwo Kościoła Katolickiego.        W punkcie wyjściowym mogłoby się wydawać, iż owa „formalna wartość” samego świętego gwarantuje niezwykłe interesujący rezultat – słowem – sukces. Niestety, byłoby to stwierdzenie nie tyleż nawet naiwne, co błędne. Bohater okazuje się być bowiem sztuczny. Nieprzekonujący. Pomimo dość zadowalającego uargumentowania jego wewnętrznej przemiany, nie ma w nim psychologicznej głębi. Dzieje się tak za sprawą ukazania bohatera  już po samym po momencie nawrócenia. Zbyt szybko z ludzkiego diabła staje się „dobrotliwym świętoszkiem”. Nie ma wahania ani prawdziwych trudności. Nie ma w tej jego przemianie autentycznego dramatyzmu. Podróż, którą odbywa, nie jawi się nawet jako podróż wewnętrznego odkupienia, lecz społecznego zaakceptowania jego świętości. Nie pomaga również wrażenie, że bagaż jego dawnych grzechów, okrucieństw, egoizmu oraz straceńczego stylu życia, zdaje się na nim nie ciążyć. Nie mieć żadnego znaczenia. Pojedyncze, krótkie urywki ujawniające wewnętrzną mękę św. Ignacego o ile się przytrafiają (chwała twórcom!), są zbyt krótkie, niewystarczające i wyizolowane. Wszystko skupia się na zewnętrznej, cukierkowej pozie św. Ignacego, miast na mistycznych zmaganiach jego duszy, które – w moim przekonaniu – powinny pełnić przewodnią rolę w filmie. Co ciekawe, nie jest to winą samego aktora. Problem nie leży bowiem w grze Andreasa Muñoza, a w usytuowaniu jego postaci w przestrzeni. Nie chodzi tu rzecz jasna o przestrzeń historyczną, a formalną, rozumianą jako zbiór wszelkich zależności wewnętrznych dzieła. W tym wypadku opierającej się przede wszystkim na trzech sferach: kreacjach innych bohaterów, muzyce oraz najpoważniejszej – „sumowaniu” rozumianym jako sposób łączenia wszystkich poszczególnych elementów w dziele.        Kreacje bohaterów „Ignacego Loyoli” są dość problematyczne. Każdy kto się pojawia – „jest”, ale „jest” pozbawiony prawdziwej głębi psychologicznej, stając się płytkim, schematycznym, naiwnie prowadzonym „ludzikiem”, który biedny, zagubiony, trwa pośród tłumu pozostałych „ludzików”. Nie ma w ich relacjach ani źdźbła prawdziwości. Relacje są mdłe, jakby każdy bohater trwał gdzieś indziej, osobno, miast zaistnieć  w przestrzeni filmowej z równoczesnym zachowaniem pełni swej indywidualności. Ten problem uwidacznia się najlepiej w dialogach i monologach, prowadzonych zbyt szybko oraz w sposób niemile wymuszony, tak, że dostrzegalna jest reżyserska ręka  grubo ciosana. Razi w tym pewna banalność. Kompozycyjna jest prostota, do tego stopnia, że film nie wciąga widza, a trzyma go osobno, poza przedstawionym światem w świadomości, że „to tylko bajeczka”. Że „to się nie dzieje naprawdę”. Tendencyjność i przewidywalność są tu wielkim kłopotem. Wszystko jest oczywiste i proste. Widz nie ma myśleć. Nie może mieć własnego zdania, własnego spojrzenia. Musi oddać się na rzecz prowadzenia filmu, który narzuca mu sąd o danym bohaterze, danym zdarzeniu, danej organizacji. Szczególnie widoczne jest to w relacji między św. Ignacym, a świętą Inkwizycją, której oblicze zostało prostacko udemonizowane. Przedstawienie jej członków jako fanatyczne, podejrzliwe i umysłowo niedorozwinięte małpy, powoduje oczywiste spłaszczenie jej historycznej działalności, problematyki herezji w kościele, nie wspominając o zbanalizowaniu dramatu obu stron tego konfliktu. Można się spytać – czy to wszystko z lenistwa twórców? Jaki był cel takiego działania?
Równie specyficznym aspektem „Ignacego Loyoli” jest muzyka, obraz i sceneria, czyli walory ściśle techniczne. Pozornie mogą one nie budzić większych obiekcji. Muzyka nie stanowiłaby problemu, gdyby nie zbyt częsta obecność i dziwne usadowienie w przestrzeni filmowej. To usadowienie jest o tyleż niekorzystne, że daje wrażenie jakoby miałaby ona pełnić pierwszorzędną rolę w tworzeniu nastrojowości każdej sceny. Nie ma w niej jednak tej przewodniej siły, aby podołać takiej roli. Nie jest również umiejętnie złączona z obrazem, który pozostaje równie specyficzny przez wzgląd na swą czystość oraz przerażająco pokręcony kontrast. Wszystko to sprawia, że akcja tym bardziej wydaje się sztuczna i płytka, przywodząc na myśl telewizyjne bajki dla dzieci o postaciach świętych. To dlaczego film nie spełnił wysokich oczekiwań, można wyjaśniać długo i w bardzo obszerny sposób. Można wskazać wiele niedoskonałości i ukrytego potencjału, lecz ja wolałbym przytoczyć dwa podsumowujące pytania:

1) Do czego prowadzi takie wizualne ujęcie świata i postaci?

Prowadzi do zbudowania świata sztucznego. Banalnego. Filmu, który pozostaje atrakcyjny wyłącznie powierzchownie i nie zachęca do głębszego namysłu czy refleksji. Wszystko przedstawione jest jako jasne i proste. Tu zło, tam zły, tu płacz, patrz jaki ktoś głupi, a ten to akurat poczciwy, ale śmiej się, śmiej, płacz. Nie jest to wymagające. Nie ujmuje istoty dramatu jako gatunku ani dramatyzmu ludzkiej przemiany czy zmagań kuszonego ducha człowieczego.
2) Dla kogo ten film jest przeznaczony?   

Można rzec, że dla nikogo, kto oczekuje intrygującej kompozycji, sprawnego kreowania przestrzeni filmowej, psychologicznej głębi bohaterów, etc.. Film ten nie jest także przeznaczony dla osób spoza Kościoła, a z pewnością nie dla poszukujących, gdyż nie stara się zainteresować głębią katolickiej wiary. Wszystkie motywy, które mogłyby to zrobić (chociażby pokutowanie
św. Ignacego), zostały zredukowane, przedstawione albo zbyt krótko, albo nazbyt schematycznie.

Zatem dla kogo jest ten film przeznaczony? Kim jest tzw. „target”?

Wydaje się, że jest nim grono silnie wierzących chrześcijan, dla którym sam fakt, że film wypowiada się pozytywnie o religii, może usprawiedliwiać jego estetyczną, fabularną oraz kompozycyjną niedoskonałość. Taki odbiór dzieła, zarówno jak przeznaczenie, stanowi coś bardzo błędnego. Niewiele jest bowiem rzeczy gorszych niż zaniżanie roli i kryteriów oceny sztuki reprezentującej własną kulturę, cywilizację i religię – do słodkawej oprawy nieco kiczowatego i mało wymagającego dzieła dla krótkowzrocznej masy.

Jan Królewski

I rok, Kulturoznawstwo