Relacja końcowa z Belgii w ramach programu Erasmus+

Mój pobyt w Belgii w ramach programu Erasmus+ dobiegł końca, co oznacza, że nadszedł czas na podsumowanie oraz refleksje. Wielu osobom wyjazd w ramach powyższego projektu kojarzy się z bardzo dużą ilością czasu wolnego, który poświęca się na podróżowanie, poznawanie nowej kultury i zawieranie nowych znajomości. W moim przypadku było całkiem inaczej, gdyż był to najintensywniejszy czas pracy w moim życiu.
Wymagania, z którymi spotkałam się na Uniwersytecie Thomas More w Mechelen, były bardzo duże. Na zajęcia głównie przychodziło się po to, by usłyszeć co i na kiedy należy przygotować. Można było skorzystać z porady nauczycieli, jednak przez cały semestr nie otrzymywaliśmy żadnych ocen, komentarzy do wysyłanych prac. Niektóre przedmioty okazały się dodatkowo płatne, o czym wcześniej nie było mowy. Trzeba było zaopatrzyć się w odpowiednie programy, bądź opłacić wyjazd na konferencję, na której obecność była konieczna do zaliczenia przedmiotu. To doprowadziło do zamieszania na początku semestru oraz zmian niektórych z przedmiotów. Samych zajęć nie było dużo, cały system opierał się na praktyce, jeśli chodzi o teorię – to jej ilość była znikoma. Jasno powiem, iż bardzo zależało mi na sprostaniu wymaganiom, przed którymi zostałam postawiona, ale na dłuższą metę było to nie do zrobienia. Ilość pracy w stosunku do ilości posiadanego czasu była niewspółmierna.
Inną sprawą jest fakt, iż program na jaki zostałyśmy wraz z koleżanką skierowane, nie był dostosowany dla studentek drugiego roku. Był on głównie przeznaczony dla studiujących po licencjacie, którzy chcą poszerzyć swoją edukację o skrócony program dziennikarstwa, który trwa rok. Tym samym nie ma się co dziwić, że oczekiwano tak dużo w tak krótkim czasie, skoro w ciągu roku powinien być przerobiony cały materiał dydaktyczny, miały być zrobione wszelkie projekty, odbyty staż oraz napisany licencjat. Jednak nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego umieszcza się na nim studentów przyjeżdżających w ramach programu Erasmus+.
Wysokie wymagania oraz niekończąca się ilość „terminów ostatecznych” doprowadzają do tego, że całe życie kręci się tylko wokół nauki. Pobyt w Belgii pokazał mi, dlaczego większość tamtejszych ludzi nie wierzy w Boga, ma mało czasu dla siebie oraz dla swoich bliskich. Trudno jest odczuwać przyjemność z podróży lub jakiejś rozrywki, gdy z tyłu głowy ma się niekończącą listę rzeczy, których ktoś od nas oczekuje.
Po usilnych próbach sprostania wszystkim powinnościom, rozpaczy, rozważeniu powrotu do domu oraz zawierzeniu tego wszystkiego Panu Bogu doszłam do tego, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Najważniejsze jest zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Przez bardzo dużą część Erasmusa byłam chora, co wiąże też z niekorzystnymi warunkami mieszkalnymi oraz problemami z transportem z miejscowości, w której mieszkałam.
Bardzo dużo się nauczyłam; zarówno jeśli chodzi o codzienne życie, jak i pracę dziennikarską. Napisałam dziewięć artykułów, które opublikowałam na portalu studenckim 21 bis. Dwa z nich zostały też opublikowane na portalu Brussels Express. Aby mógł powstać taki materiał, konieczne było przeprowadzanie wywiadów, załączenie tematycznych zdjęć (często autorskich) i dokładne opracowanie tekstu w języku angielskim. Zaznaczyć powinnam, że poziom języka oraz wszelka moja wiedza były na poziomie studiów po pierwszym roku nauki. W związku z tym musiałam jeszcze poświęcić dużo czasu na przygotowania warsztatu naukowego.
Wraz z koleżanką w ramach zaliczenia przedmiotu zrobiłyśmy analizę zanikającej wiary w belgijskim Kościele katolickim, co wiązało się z koniecznością zgłębienia niderlandzkiej i francuskiej literatury. Do tego doszły jeszcze cztery projekty w programie Indesign, projekt w Illustrator oraz w Photoshop. Oprócz tego kręciłyśmy krótkie video, gdzie trzeba było nagrywać za pomocą telefonu, stosować różne efekty oraz przeprowadzać wywiady. Ponadto zrobiłam prezentację, w której omówiłam wybrany przez siebie news, medium, z którego on pochodzi oraz porównanie z innym źródłem.
Jak się okazało, tylko z dwóch przedmiotów był przewidziany egzamin. Pozostałe siedem było ocenianych na zasadzie ewaluacji. Na końcu semestru uzyskałam punkty, które zostały wystawione w oparciu o wszystkie prace. Z większości przedmiotów zostaliśmy poproszeni o ocenienie się przez pryzmat naszej pracy oraz ocenienie zajęć i nauczycieli. Natomiast my jako studenci nie dostaliśmy żadnego komentarza ani wyjaśnienia, dlaczego zostaliśmy tak, a nie inaczej ocenieni.
Studia w innym kraju, w języku angielskim to bez dwóch zdań nie lada wyzwanie. Gdyby wcześniej przyszło mi napisać artykuł po angielsku albo przeprowadzić wywiad – miałabym z tym duży problem. Teraz nie jest to dla mnie żaden kłopot, co jest zasługą wyjazdu na „Erasmusa”. Oprócz tego mogłam mieć bezpośredni kontakt z niderlandzkim, stawiać pierwsze kroki w robieniu wywiadów oraz pisaniu w tym języku, który tak bardzo lubię. Mogłam też zobaczyć, jak to jest mieszkać za granicą i musieć się samemu o wszystko zatroszczyć.
Ku mojemu wielkiemu szczęściu okazało się, że oprócz mnie na tego samego „Erasmusa” wybiera się moja koleżanka z kierunku Alevtina Samusseva. Podczas wymiany była ona dla mnie wielkim wsparciem.
Wyjazd na „Erasmusa” pozwolił mi także docenić to, co mam w Polsce. Rodzinę, bliskich oraz Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, która oferuje nam ciepły, estetyczny akademik, za który nie musimy dużo płacić. Uświadomiłam sobie także, jak wiele wspaniałych relacji zawiązujemy mieszkając w społeczności akademickiej. W Belgii nie miałam możliwości, by mieszkać w akademiku, tylko w małej miejscowości, z której ciężko się było gdziekolwiek dostać. Natomiast jeśli mówimy o samych studiach, w Toruniu nauka jest ważną rzeczą, jednak nie zapomina się także o aspekcie duchowym, jak i czasie wolnym, który jest każdemu z nas potrzebny.
Jeśli chodzi o standard i wyposażenie, belgijska uczelnia posiadała bardzo dobre zaplecze. Z wyglądu przypominała mi szkoły z amerykańskich seriali z ogromną stołówką. Pierwszy raz uczyłam się w tak dużej szkole, więc zderzyłam się także z anonimowością i zatęskniłam za ciągłym natykaniem się na kogoś znajomego.
Czy mając świadomość sytuacji i warunków, jakie tam zastanę, podjęłabym decyzję o wyjeździe w ramach „Erasmusa+” jeszcze raz? Pewnie nie, ale wiem, że cierpienie kształtuje, a że była to omodlona decyzja, wierzę głęboko, że z tego trudu będą dobre owoce.

Ada Kostrubiec