Three Brothers Production- praktyki dla dziennikarzy z Erasmusem

Wkrótce po przyjeździe do Pragi zostaliśmy powiadomieni, że za kilka dni rusza plan zdjęciowy filmu „Manzel na hodinu”, przy którym będziemy pracować. Jak się dowiedzieliśmy, „manzel na hodinu” to po polsku taki „pan złota rączka”, a film jest kontynuacją pierwszej części popularnej czeskiej komedii. Nagrywanie miało odbywać się w kilku miejscach w Pradze, w Nymburku i okolicach.

Nasze stanowisko na planie filmowym określa się mianem „runner”. „Runner” to ktoś, kto wykonuje wszelkie niezbędne prace związane z obsługą planu: pomaga w ustawianiu scenografii, dba o dostawy wody i kawy, przynosi niezbędne rekwizyty, upewnia się, czy wszystkie krótkofalówki mają naładowane baterie, pilnuje żeby nikt nie hałasował w momencie nagrania itp. Zadania te nie były zbyt ambitne, ale mieliśmy możliwość przyglądania się pracy profesjonalistów: operatorów kamer, oświetleniowców, aktorów, charakteryzatorów.

 

Niestety po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że tylko jedno z nas pozostanie na planie filmowym do końca, a reszta wraca do Pragi zajmować się innymi rzeczami. Było to podyktowane względami finansowymi: film jest niskobudżetowy, a każdemu pracownikowi trzeba opłacić hotel i wyżywienie.

Otrzymaliśmy zatem kolejne zadania. Ja zacząłem pracować jako montażysta. Dostawałem „surowy” materiał wideo, na przykład z wyścigów ciężarówek i moim zadaniem było przygotować go do sprzedaży: wybrać najładniejsze ujęcia, w miarę możliwości je trochę „poprawić”. Zdjęcia pochodziły z różnych miejsc w Europie, często były wykonywane przy pomocy drona.

Na przełomie lipca i sierpnia miała miejsce premiera produkowanego przez wytwórnię filmu „Montenegro”. Film ten opowiada o wyprawie off-roadowej czwórki studentów po Bałkanach. W ramach promocji filmu zorganizowano coś w stylu „trasy koncertowej” – ekipa tworząca film wraz z przyjaciółmi jeździła kawalkadą samochodów terenowych do różnych miast w Czechach, gdzie miały miejsce pokazy. Potem odbywało się spotkanie twórców z widzami. Moim zadaniem było nagrać to wydarzenie i stworzyć krótki materiał wideo. Jest on już prawie gotowy, czeka tylko na ostatnie poprawki i prawdopodobnie wkrótce trafi na profil wytwórni na facebook’u.

W ostatnich tygodniach miałem wyjechać z pracownikami wytwórni, aby nagrywać wyścigi ciężarówek na profesjonalnych torach na Węgrzech i Słowacji. Niestety, w ostatniej chwili dowiedziałem się, że nie pojadę, ponieważ nie ma dla mnie miejsca w samochodzie. Nie ukrywam, że byłem zawiedziony tym faktem. Kolejny raz okazało się, że omija mnie ciekawe zajęcie. Zająłem się więc dokańczaniem mojego filmu z premiery „Montenegro”.

Z plusów wyjazdu mogę wskazać możliwość pracy na planie filmowym, niestety krótką. Stworzenie filmu promocyjnego z premiery „Montenegro” to też wartościowy element w portfolio, który wiązał się też z możliwością zwiedzenia innych większych miast w Czechach. Byłem w Cieplicach, a także zabytkowym Ołomuńcu z piękną, neogotycką katedrą.

Film „Manżel na hodinu”, na planie którego pracowałem przez cztery dni, był częściowo kręcony w Nymburku i Podiebradach. W pierwszej z tych miejscowości znajduje się świetnie zachowany średniowieczny zamek, co jednak nie jest niczym wyjątkowym w Czechach, kraju o największej na świecie gęstości rozmieszczenia zamków. W Podiebradach dla odmiany również znajduje się zamek, ale nie tylko. Jest to miejscowość zdrojowa, gdzie już od 1908 roku działa spa. Jeśli już jesteśmy przy tym filmie, to miałem okazję przekonać się na własne oczy, że powiedzenie „czeski film” dla określenia czegoś, co przekracza zdolności pojmowania kogoś kto nie jest Czechem, jest jak najbardziej trafne. Chociaż pracowałem tam tylko cztery dni, zobaczyłem wiele scen, przy których Czesi zaśmiewali się do łez, a ja zastanawiałem się czy trafiłem pod właściwy adres.

Nasza wytwórnia była położona nieco dalej od centrum Pragi, u progu Doliny Prokopa, która zapewne kiedyś była doliną świętego Prokopa, kiedy jeszcze w Czechach wierzono w Boga. Dolina ta to obrośnięty miastem park krajobrazowy. Z otaczających ją stromych skał widać panoramę całej Pragi, szczególnie piękną po zachodzie słońca. Za to cały miejski zgiełk jest ledwo słyszalny, ze względu na wysokość i wszechobecną zieleń. Często wspinałem się tam, aby zjeść trochę dzikich czereśni i odpocząć, oglądając miasto.

Koło nas znajdowała się restauracja z tradycyjnym czeskim jedzeniem. Można było odnieść wrażenie, że pięćdziesiąt lat temu wyglądała dokładnie tak samo jak teraz, z tą różnicą, że obecnie stoi tam lodówka z Coca-colą, chociaż częściej pije się tu Kofolę, a najczęściej piwo. Lokal prowadził otyły Czech z długimi, kręconymi włosami. Można w nim było zjeść knedliki, smażony ser albo gulasz. Na ścianie wisiała tablica do zaznaczania wyników ligi piłkarskiej, a wąsaci Czesi zamawiali kolejne pieniące się kufle z piwem, zagryzając preclami, „utopeńcem” lub „hermelinem”. Nazw tych nie będę tłumaczył, zainteresowanych odsyłam do internetu, lub czeskiej restauracji na Hlubocepach.

Znaczna część pracowników wytwórni mówiła płynnie po angielsku, więc była okazja do praktykowania tego języka. Cieszę się również, że mogłem przebywać przez dwa miesiące w Pradze, zwiedzać piękną architekturę i zabytki, szczególnie wspaniałe kościoły. Niestety było też trochę minusów.

Głównym problemem był dla mnie brak odpowiedniego przepływu informacji. Dynamicznie zmieniał się plan, o czym często nie byliśmy informowani, więc o wszystkim dowiadywaliśmy się z opóźnieniem. Zdarzyła się sytuacja, że powiedziano nam się dziesięć minut przed, że mamy gdzieś wyjechać na cały dzień. Nikt nie poinformował nas sam z siebie, że jednak nie będziemy pracować na planie filmowym, musieliśmy się sami upomnieć o tę informację. Podobnie było w przypadku wyjazdów na Węgry i Słowację. Ciężko było cokolwiek planować i nieraz samemu trzeba było przypominać, że chcielibyśmy otrzymać jakiekolwiek sensowne zadania. Myślę, że problem leżał w tym, że wytwórnia nie wyznaczyła konkretnej osoby odpowiedzialnej za kontakt z nami.

 

 

Eugeniusz Romer