Z braku rodzi się więcej. Camino Portugués – piąty i szósty dzień

Pozwolę sobie na trochę prywaty. W końcu to ja jestem autorem tego artykułu. Moja Żona – Marta – w środę miała bardzo trudny dzień, jeśli idzie o maszerowanie. Pęcherze doskwierały, ale najgorszy był ból ścięgna Achillesa. Już pod koniec etapu leciały łzy. Nawet nie wiecie, jaką bezradność czułem, jaki brak możliwości. Została tylko modlitwa i obecność przy Marcie. Ale wiecie co? Z braku energii, wytrzymałości, radości, chęci, siły itd. zrodzi się o wiele więcej dobra niż nam się wydaje. Mówię to z własnego doświadczenia. I to wszystko dzięki Panu Bogu.

Owego dnia nocowaliśmy w Albergaria-a-Velha w prywatnym domu pielgrzyma. Tam też nasi Duchowni odprawili Mszę świętą. Modlili się razem z nami Hiszpanie, Austriaczka Ruth oraz portugalski wolontariusz Antonio. Nasi Bracia i nasze Siostry są na całym świecie – z tą optymistyczną myślą gasiliśmy światła, bo sen to słowo, które jest uwielbiane przez wszystkich pielgrzymów!

„Dzisiaj się nie zmęczymy” – pomyślałem w czwartek przed wyjściem. Szkoda, że się myliłem. Upał i pełno górek. Ten wrzesień jest szalony! Ale doszliśmy, mokrzy i zmęczeni. Pomyślicie: jeju, ale narzeka. I słusznie zrobiliście. Nocujemy w szpitalu dla starszych osób. Tutaj ludzie obcują ze śmiercią. Nie mają na tyle zdrowia, żeby pójść do grobu św. Jakuba. My mamy to szczęście. Przynajmniej na wzgląd na szacunek do pacjentów powinniśmy to docenić.

Przed nami Porto, a to oznacza, że w nogach mamy już naprawdę sporo.

Prosimy o modlitwę!

Szymon Kamysz