Na wstępie chciałabym zaznaczyć, iż to nie był mój pierwszy wyjazd do Hiszpanii. Wcześniej miałam okazję zobaczyć słoneczne wybrzeże, cudowną pogodą, która dawała mi mnóstwo energii.

Wyjeżdżając z Polski było ponad 20 stopni, wczesna godzina i przed moimi oczyma rozpościerał się przepiękny wschód słońca. Z ogromną ekscytacją ale i przeróżnymi obawami udałam się na lotnisko.

Przelot.

Już po ponad trzech godzinach znalazłam się w cudownej Barcelonie. Kilka godzin na zwiedzanie, lotnisko i kolejny wylot. Santiago de Compostela. Galicja. 12 stopni, deszcz. Było już późno, około godziny 23 dotarłam na miejsce.

Na kolację owoce morza. Kolejny dzień miałam wolny, na aklimatyzację. Na drugi dzień wczesne śniadanie w gronie wolontariuszy i Ojca, który to opiekuje się całym ośrodkiem dla pielgrzymów z Polski ale i nie tylko. Po śniadaniu zapoznanie się z obowiązkami, wszystkimi regułami i harmonogramem dnia. Wraz z kolegą z uczelni, Krystianem pojechaliśmy do centrum Santiago. Zobaczyliśmy Katedrę św. Jakuba Apostoła, a także Stare Miasto.

Pogoda była typowo wakacyjna. 12 stopni. Deszcz. Nie przejmowałam się wtedy tym faktem na tamten moment, bo byłam bardzo zainteresowana nowym miejscem, ludźmi, kulturą, a przede wszystkim: sztuką! Wróciliśmy do ośrodka na obiad i byłam zaskoczona stołem, który wręcz uginał się od ilości jedzenia.

A skoro mowa o jedzeniu, przeważnie na pierwsze danie była sałata z pomidorem – za którą nie przepadałam, a pod koniec wyjazdu, ku mojemu zdziwieniu zajadałam się tym zwykłym daniem(?) i do dziś nie wyobrażam sobie popołudniowego posiłku bez tego przysmaku.

Po zaznajomieniu się ze wszystkimi członkami wspólnoty i oczywiście moimi obowiązkami, dni zaczęły mi się okropnie dłużyć. Dlaczego? Dlatego, że pogoda nas nie rozpieszczała. Codziennie sprawdzałam prognozy i zapowiadali na kolejne i kolejne dni po całe 12 stopni.

Minął tydzień, drugi…

Gdy się pakowałam moje myśli skupiły się na słonecznej Hiszpanii, gorącym słońcu i piaszczystych plażach. Spakowałam od niechcenia cienką kurtkę przeciwdeszczową i dwa swetry.

Pożałowałam tego od pierwszej nocy kiedy pojawiłam się na lotnisku. Po tych dwóch tygodniach przetrwania w Galicyjskich klimatach, w Polsce wówczas panowały upały sięgające ponad 30 stopni. Mój pogodowy koszmar w Galicji skończył się po dwóch tygodniach i prognozy na następne dni wyglądały bardziej obiecująco.

Ale koniec o pogodzie. Przejdźmy do konkretów.

Dni na Monte de Gozo (wzgórzu szczęścia) upływały według ułożonego planu. Msza święta, śniadanie, praca, krótka przerwa na kawę, obiad, praca, wolne. Dzień za dniem. W wolnym czasie jeździłam do Santiago, do pobliskich miejscowości, nad ocean. Piaszczyste plaże, piękne dzikie krajobrazy, góry, eukaliptusowe lasy, kwiaty. Zachwytom nie było końca.
Dzięki uprzejmości Ojca Romana, udało mi się także pojechać kilka razy do Portugalii m. in.: do Porto, Bragi czy Lizbony. Doskonale wiedziałam, że kiedy będę miała chwilę wolnego, moim głównym miejscem docelowym będzie Fatima. Wyjazd doszedł do skutku i 13 lipca (w dzień objawień fatimskich) byłam u celu, przyjechałam późnym wieczorem, akurat na procesję ze świecami.

Następnego dnia udałam się do miasteczka w którym mieszkały dzieci, którym ukazała się Matka Boża – Cova da Iria. Pobyt w Fatimie był dla mnie bardzo wyjątkowy, kojący i ubogacający. Po powrocie do Santiago, dni mijały bardzo szybko i starałam się je maksymalnie wykorzystać.

Nawet się nie spostrzegłam, a zostało niewiele czasu do powrotu do Polski. Przez te dwa miesiące usłyszałam wiele świadectw niesamowitych ludzi, którzy pokonują setki kilometrów szlakiem Camino do św. Jakuba. Jest to bardzo umacniające, jak wiara daje silę człowiekowi do walki z własnymi słabościami.

Karolina Machowska