Kolejny miesiąc Erasmusa za nami

Kolejny miesiąc Erasmusa za nami. Listopad przeminął z prędkością światła. Pełen nowych przygód, wycieczek, podróży i coraz bardziej wytężonej nauki na uniwersytecie.

Niezmiernie wielką przyjemność sprawia mi poznawanie pięknej Portugalii, jej kultury, obyczajów, nowych ludzi, wymiany spostrzeżeń i poglądów. Erasmus to okazja, by zaprzyjaźnić się z „tubylcami” i chociaż trochę spróbować zrozumieć ich sposób myślenia. Wszyscy znają tu oczywiście Jana Pawła II, Lewandowski to jeden z najbardziej poważanych piłkarzy na równi nawet z Cristiano Ronaldo. Wielu Portugalczyków odwiedziło Polskę – „Warsowia” i „Krakowia” są najpopularniejsze, o Toruniu niestety słyszało niewielu z nich. Polskie pierogi także bardzo przypadły im do gustu.

Listopad w Lizbonie dla przeciętnego mieszkańca Polski jest rajem, jeśli chodzi o pogodę. Niejednokrotnie widywałam polskie małżeństwa z gromadką dzieci przechadzające się gwarnymi uliczkami miasta. Nawet plaże pełne są turystów. Dla Portugalczyków 20 stopni Celsjusza to już prawie zima, a o spacerze na plaży nie ma nawet mowy. Wszyscy ubierają zimowe płaszcze i kurtki oraz otulają są grubymi szalami. Ja w międzyczasie próbuję uchwycić możliwie jak najwięcej promieni słonecznych przemierzając portugalskie ulice.

W tym miesiącu jednym z celów mojej podróży było Cabo da Roca – najbardziej wysunięty na zachód punkt Europy. Na obelisku stojącym na szczycie urwiska umieszczona jest tablica zawierająca cytat z eposu portugalskiego poety Luísa de Camões Aqui, onde a terra se acaba e o mar começa („Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”). Na przylądku znajduje się także latarnia morska z XIX wieku. Strome urwisko nie zniechęciło mnie od spaceru z widokami zapierającymi dech w piersiach. Pomimo strachu i drżących kolan udało mi się wspiąć na jeden z pagórków i podziwiać z dużej wysokości piękno boskiego stworzenia. Widoki są tam nie do opisania – żadne słowo  nie jest w stanie opowiedzieć tego, co zobaczyłam na własne oczy.

Okazuje się, że nie tylko Polska czy Rio mają swojego Jezusa. Także w Lizbonie odnaleźć można statuetkę Cristo Rei, który z drugiej strony Tagu spogląda na miasto z wysokości 100 m (sama figura ma 28 metrów). Cristo Rei powstał, aby wyrazić wdzięczność Portugalii za uniknięcie poważniejszych zniszczeń w czasie II Wojny Światowej. Znajduje się tam także sanktuarium Chrystusa Króla, licznie odwiedzane przez pielgrzymów przybywających do Lizbony. Na szczyt można dotrzeć za pomocą windy zainstalowanej we wnętrzu pomnika. Jeszcze do niedawna trasę to trzeba było pokonywać pieszo, na co nie mógł pozwolić sobie każdy turysta.

W drugiej połowie listopada naszym celem było drugie co do wielkości miasto w Portugalii – Porto. Po godzinnym locie wylądowaliśmy na lotnisku oddalonym 10 km od centrum miasta. Już od wczesnych godzin porannych rozpoczęliśmy zwiedzanie. Za wizytówkę porto uznaje się most Ponte Dom Luis I o długości 385 m, łączący brzegi rzeki Douro. Najbardziej malowniczą częścią miasta jest nabrzeże Cais da Ribeira usytuowane właśnie nad rzeką. Porto pełne jest zabytkowych kościołów oraz budowli. Gotycka świątynia św. Franciszka to jedna z najbardziej okazałych budowli w Porto. Tradycyjną potrawą, której nie sposób było nie spróbować była francesinha podawana z frytkami. Ma ona formę kanapki z różnymi rodzajami mięsa, zapiekaną w serze i jajku w sosie piwnym. W planie naszej wycieczki nie zabrakło odwiedzenia pobliskiej plaży, która pożegnała nas przepięknym zachodem słońca.

Grudzień za pasem, zbliżają się święta, Lizbona pięknieje z każdą minutą. Niedługo kolejna relacja ze świątecznej już stolicy Portugalii.

Maria Gondek