Kraków, 25.02.2020

O istnieniu tego, jak się okazuje rosyjskiego, powiedzenia dowiedziałam się całkiem niedawno. Postanowiłam się nim posłużyć, ponieważ podobnymi słowami próbowałam uspokoić samą siebie, siedząc w mało wygodnym fotelu samolotu linii Wizzair. W mojej głowie roiło się tysiące myśli, wizje spacerów rzymskimi uliczkami przeplatały się ze złowrogo brzmiącym koronawirusem. Zmęczona wczesną pobudką i ciągłymi niepewnościami postanowiłam zrobić to, co większość ludzi uważa za najlepszy sposób radzenia sobie z wszelkimi problemami… zamknąć oczy i zasnąć.

Niestety, jakby mało mi było wrażeń w pierwszej połowie dnia, moim współpasażerem został mały, uroczy, słodki, kochany… 3-letni rozwrzeszczany chłopiec, który jak się pewnie domyślacie, całkowicie pokrzyżował moje plany. Spojrzałam w małe, niemyte od dawna okienko, chcąc na nowo przemyśleć moje położenie, jednak w tej samej chwili usłyszałam trzykrotny sygnał i świat, który podziwiałam przez okno zniknął mi z oczu. Byłam w powietrzu.

Chciałabym napisać, że czułam się jak w niebie, jednak z powodu zmiany ciśnienia moja głowa prawie eksplodowała, a mój przeuroczy, mały kompan, jakby chcąc przypomnieć o swoim istnieniu, zaprezentował swój godzinny, solowy repertuar. „Przynajmniej zagłusza wszystkie smutne myśli” – stwierdziłam.

Jako słuchaczka w pierwszym rzędzie, wysłuchałam krótkiego fragmentu koncertu, po czym moją uwagę skupił widok za oknem. Samolot wzniósł się ponad poziom chmur i moim oczom ukazało się nieskazitelnie niebieskie niebo. To niesamowite, ponieważ tego dnia pogoda w Polsce nie zachwycała, padał deszcz, a niebo zaciągnięte było chmurami. Wyglądało to tak, jakbym trafiła do innego świata, takiego, który zapiera dech w piersiach.

Pomyślałam wtedy, że często tak właśnie wygląda nasze życie. Twardo stąpamy po ziemi, skupiając się najczęściej na tym, co nas przytłacza, trwamy w złych, negatywnych emocjach. Wystarczy wzbić się w powietrze, spojrzeć z innej perspektywy i ujrzeć całkowicie inny świat. Brzmi banalnie, jednak w realizacji jest o niebo trudniejsze… Wzięłam głęboki wdech, posłuchałam kilku dźwięków nowego już utworu mojego małego współpasażera, wydech, i pomyślałam: „Może nie będzie tak źle…”.

Rzym, 25.02.2020

Wylądowaliśmy. Posłałam uśmiech do 3-letniego artysty, który zgodnie z moimi przewidywaniami, właśnie w tym momencie zakończył swój występ. Wszyscy pośpiesznie opuścili miejsca siedzące i zaczęli kotłować się w wąskim przejściu, chcąc jak najszybciej przywitać się z włoskim słońcem. Wydostałam się. Po kilkukrotnym przeoczeniu właściwego luku bagażowego, udało się mi odnaleźć mój bagaż.

Nie mały był ten mój bagaż. Po pierwsze, walizka, w której musiałam zmieścić najpotrzebniejsze rzeczy i te mniej potrzebne również (Panie będą wiedziały, o co mi chodzi), na lewym ramieniu niosłam kolejną ciężką torbę, zaś dla równowagi prawe obciążone było torebką z dokumentami oraz kurtką – jak się okazało we Włoszech było ciut cieplej niż przewidywała to prognoza pogody. Wzbudzając powszechną litość, dotoczyłam się do najbliższego biletomatu, aby zakupić bilet na połączenie, którym miałam dojechać do miejsca docelowego – Viterbo.

I teraz czas na kolejną refleksję egzystencjalną. Życie ludzkie nie jest usłane różami; przekonujemy się o tym prędzej czy później. Nikt nie podąża prostą drogą, choć zapewne każdy by tego chciał. Napotykamy na swojej drodze różne nierówności, zakręty, wzniesienia czasem i góry lub … strome schody.

Tak, ja również napotkałam wiele schodów i niestety, nie wszystkie były ruchome. Kiedy pokonałam już te przeciwności, pozostało mi tylko spokojnie poczekać na właściwy pociąg. Dla ubarwienia mojej historii, jak i w ramach ciekawostki, dodam, że we Włoszech nie funkcjonuje coś, co w Polsce nazywamy rozkładem jazdy, a pociągi nie są oznakowane w żaden sposób, nie mówiąc już o tablicach wyświetlających trasę przejazdu.

La dolce vita. Oto kwintesencja włoskiego życia. Przychodzisz na stację i czekasz, aż przyjedzie właściwy pociąg. Podobna sytuacja jest w przypadku autobusów. Oczywiście wynika to z faktu, że we Włoszech rozkłady jazdy nie miałaby racji bytu, gdyż… Włosi mają swój własny czas. Poza tym pociągi przyjeżdżają w odstępie paru lub parunastu minut. Tak było również w mojej sytuacji. Po paru minutach nadjechał pociąg. Przyzwyczajona do polskich realiów wolałam się upewnić, czy to aby na pewno właściwy pociąg. Po usłyszeniu tego tak wyczekiwanego przeze mnie „si”, odetchnęłam z ulgą. „Może nie będzie tak źle?” – pomyślałam.

Wsiądź do pociągu byle jakiego…

Myśleliście, że moje schody się skończyły? Owszem, schody może i się skończyły, ale zaczęły się… barierki. Zadowolona z faktu, że wypatrzony przeze mnie pociąg okazał się właściwym pociągiem, z uśmiechem podążyłam w stronę drzwi. I wtedy moim oczom ukazał się ten przerażający widok. Na samym środku wejścia zamontowana była barierka dzieląca je na dwie części, tak wąskie, że niemożliwe było, abym zmieściła się razem z moim bagażem. Jak na złość, w przedziale nie było nikogo. Zaczęłam więc jednoosobową operację „Wejście do pociągu”. Stojąc jedną nogą na peronie, a drugą w pociągu przekładam po jednej rzeczy do wnętrza włoskiego treno. Po zakończeniu działań operacyjnych odetchnęłam z ulgą.

Odwróciłam się, aby znaleźć jakieś wygodne miejsce i wtedy je zobaczyłam. Schody. Wróciły. Pociąg był piętrowy, co oznaczało, że nie jestem w stanie w żaden sposób ich uniknąć. Rozpoczęłam walkę. Resztkami sił stoczyłam się po schodach na dół gubiąc po drodze połowę rzeczy. Nie byłam świadoma, że rozpoczęła się wojna.

Ja vs włoska myśl technologiczna. Dwie pierwsze bitwy wygrałam, ale jak to bywa na wojnie, nigdy nie wiesz, kiedy wróg zaatakuje ponownie. Tak rozpoczęła się trzecia, najdłuższa potyczka. Kiedy znalazłam się na dole, okazało się, że nikt nie wpadł na pomysł, aby zamontować półki, czy postawić stojak na walizki. To był pierwszy strzał. Drugi dotyczył rozmieszczenia siedzeń, które były tylko w jednej konfiguracji, po cztery ze stolikiem na środku. Z trudem zmieściłam tam nogi, nie muszę chyba przypominać, że na środku wąskiego korytarzyka nadal leżały moje rzeczy.

Zrozpaczona, ale jeszcze nie pokonana, odważyłam się na ruch, który w polskich realiach, mógłby się źle skończyć. Zajęłam wszystkie cztery siedzenia, kładąc na każdym moje torby. Tłumaczyłam sobie: „Przecież prawie nikogo nie ma w pociągu, poza tym Włosi są tacy życzliwi, nikt na pewno nie będzie miał z tym problemu”. Pamiętacie, jak mówiłam o tym, że nikt nie ma łatwo w życiu? Na następnej stacji wsiadło o wiele więcej osób niż było dostępnych miejsc siedzących. I wiecie co, włoski optymizm również ma pewne granice…

Wysiadłam. Zwyciężyłam kolejną bitwę, ale jeszcze nie wojnę. No tak, nie wspomniałam o tym, że aby dojechać do Viterbo musiałam się przesiąść do drugiego pociągu. Będąc już doświadczoną weteranką, bez większych problemów pokonałam drogę z peronu do miejsca siedzącego w pociągu. Już nic złego nie mogło się wydarzyć. Nic. A jednak, nasze życie jest pełne niespodzianek.

Otóż nie zwróciłam uwagi, że wyświetlacz w pociągu nie pokazywał stacji zgodnie z rzeczywistością. Krótko mówiąc, wysiadłam na złej stacji. Wstyd się do tego przyznać, ale wtedy pierwszy raz pomyślałam, żeby się poddać. Byłam głodna, zmęczona i zła… Na szczęście pociąg przyjechał po 5 minutach, a resztę podróży spędziłam na stojąco, gdyż widok kolejnych schodów wywoływał u mnie mdłości.

Po godzinie moim oczom ukazał się długo wyczekiwany napis „Viterbo-Porta Fiorentina”. Poczułam nagły przypływ radości i ulgi. Teraz już nic nie mogło mnie powstrzymać. W głowie miałam tylko jedno marzenie – wygodne łóżko. Nie zatrzymało mnie przejście przez tory, które z powodu awarii było jedynym możliwym sposobem przedostania się na drugą stronę. Nie zatrzymało mnie dodatkowe 600 m, które musiałam pokonać na piechotę, aby móc cieszyć się upragnionym odpoczynkiem.

Półprzytomna ciągnęłam za sobą ogromną walizkę, potykając się co krok o wielkie dziury w asfalcie. W końcu dotarłam na miejsce. Nie pamiętam, jaka była moja pierwsza reakcja na to, co ujrzałam. Po wejściu do środka i odczekaniu kilkunastu minut w kolejce nadeszła moja chwila. Miła pani recepcjonistka popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się i spytała o imię. Wysiliłam się na uśmiech, jakby oznaczał dla mnie kolejną wspinaczkę po schodach i pomyślałam: „Jak to było…”.

Dalej pamiętam tylko zgrzyt otwieranego zamka w drzwiach i uśmiech, który pojawił się na widok obiektu moich marzeń.

I zapadła ciemność.

Jadwiga Umel