Na Zamku w Starej Lubowni

Pakowałem się w szaleńczym tempie, nie miałem czasu. Przed wyjazdem wszystko zbiegło się w jednym terminie, obrona, wyprowadzka z hotelu akademickiego, obowiązki radnego w mojej rodzinnej miejscowości. Spakowałem się na trzy godziny przed wyjazdem. Pech chciał, że pojechałem chyba najdłuższą trasą jaka była możliwa.

Wykupiłem bilet do Ostrawy, tam miałem trzydzieści minut na przesiadkę do Żilina, gdzie o pierwszej w nocy miałem autobus do Starej Lubowni. Pociąg do Ostrawy miał godzinę spóźnienia, więc dosłownie wbiegłem do odjeżdżającego pociągu. Żilin to prawdopodobnie piękne miasto, ale po północy wygląda groźnie. Na dworcu poznałem lekko podpitych bezdomnych, którzy częstowali mnie swoim alkoholowym wywarem – dzielnie się broniłem. Kiedy przyjechał autobus okazało się, że w środku jest tylko jedne miejsce. Strach pomyśleć, gdyby nie było, kolejny autobus miałem za dwa dni.

 

Stara Lubownia powitała mnie mgłą. Przez dwie godziny błądziłem po mieście, ale z telefoniczną pomocą mojej dziewczyny i nawigacją udało mi się we mgle dotrzeć do internatu, w którym miałem mieszkać. Niestety był zamknięty, więc zasnąłem na trawniku za internetem. Mieszkałem sam na drugim piętrze.

Dni upływały w rutynie. Prace rozpoczynałem o dziewiątej rano, wraz z otwarciem zamkowcyh bram. Pierwsi Polacy przychodzili zazwyczaj około godziny jednasnej, więc miałem czas, żeby poczytać.  Potem oprowadzałem grupę albo dwie, a w trakcie pokazu szkolnictwa zazwyczaj miałem chwile, żeby odpocząć. W weekendy nie pracowałem, ale i tak przychodziłem na zamek, bo dyrekcja nie spoczywa na laurach. W każdą sobote jest jakaś impreza, kocert, dzień miodu w skansenie, albo turniej rycerski. Przez to nie miałem zbytnio czasu na wycieczki po górach. Praca była absorbująca, ale ludzie i atmosfera na zamku rekompensowali każdy ból nóg.

Miałem określony rytm dnia i wykonywałem podobne czynności. Dzień od dnia różnił się turystami, czasami trafiałem na wymagających historyków.  Przeważnie jednak zwiedzający oczekiwali anegdot, żarów i strasznych historii.  Naprawdę wyjątkowe było moje ostatnie oprowadzanie. Zamierzałem właśnie posilić się, kiedy to kelnerka zamiast podać posiłek wręczyła mi pudełko z obiadem na wynos oraz przekazała informację, że za trzy minuty mam być na zamku, gdzie czekają na mnie kolejni turyści. Okazało się, że z niezapowiedzianą wizytą do zamku przyszła rodzina Zamoyskich. Dokładnie rodzina Andrzeja Przemysława Zamoyskiego, byłego właściciela zamku. Spędziłem z nimi trzy godziny, choć zazwyczaj oprowadzanie turystów trwało godzinę i piętnaście minut.

Oczywiście, praktyki to nie tylko praca. Towarzysko Słowacja okazała się wyjątkowo miła. Przede wszystkim pracowałem z młodymi ludźmi, często młodszymi od mnie. Łączyła nas pewna pokoleniowa nić, mogliśmy rozmawiać o filmach i książkach, które poznaliśmy. Bardzo często rozmawialiśmy o Wiedźminie, dużo osób słucha też Polskiej muzyki, a największym szokiem była dla mnie osiemnastoletnia dziewczyna, która przeczytała trylogie Henryka Sienkiewicza. Jestem przekonany, że nie jeden licealista powstydziłby swojej znajomości naszych narodowych dzieł w rozmowie z dziewczyną, którą poznałem na zamku.

Przez trzy lata studiowałem dziennikartwo. W tym czasie odbywałem praktyki w różnych miejscach. Na pierwszym roku w redakcji informacyjnej Radia Maryja, podczas kampanii wyborczej pomagałem w jednym z terentowych biur Prawa i Sprawiedliwości, następnie spędziłem miejsiąc z Parlamencie Europejskim,  ale studia zakończyłem w najmniej dzienniarskim miejscu, na zamku w Starej Lubowni. To stara twierdza, zresztą bardzo ważna dla historii Polski. Zarządzaliśmy tym zamkiem i okolicznymi terentami przez 360 lat i w murach tego zamku do dziś czuć Polską obecność. Koledzy i koleżanki, z którymi przyszło mi pracować często zadawali  pytanie dlaczego przyjechałem na praktyki akurat do Starej Lubowni. To mądre pytanie. Przecież po dziennikarstwie powinienem starać się o praktyki w radiu albo tygodniku, a nie oprowadzać turystów po zamku. Odpowiedź jest jednak banadlnie prosta, zdecydowałem się przyjechać do zamku, bo dziennikarstwo jest tylko formą, którą opisuje się rzeczywistość. Bez wypełnienia formy treścią, cała sztuka pisania, czy mówienia do mikrofonu zamienia się w pył. Moim wypełnieniem dziennikarskiej formy jest historia, ale historia rozumiana bardzo szeroko. Bo historia to nie tylko daty, ale też ludzkie historie, skutki dobrych i złych decyzji oraz nauka na przyszłość. Przyjechałem na zamek, żeby zasmakować wspomnień o wielkich latach Rzeczpospolitej i czasuach upadku. I musze przyznać, że to się udało – odnalazłem to, czego szukałem.

Jeżeli ktoś lubi historię, to praktyki na zamku polecam bez względnu na kierunek studiów, bo tak naprawdę liczy się nasz zapał i pasja, a studia to tylko narzędzie do wykonywania zawodu.

Praktyki na zamku w Starej Lubowni to cały bagaż dobrych wspomnień.To były bardzo pracowite wakacje, ale dzięki temu miałem niepowtarzalną okazje poznać południowe kresy Rzeczpospolitej. Na pewno wróce na Słowacje, ale tym razem jako turysta.

 

Krystian Majewski