Część 1

„Podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi”… Słowa pewnego Anonima pobudzają do refleksji, ale także inspirują do wojaży, zwłaszcza tych dalekich. Niewątpliwie, jest nią sama w sobie wymiana studencka w ramach programu ERASMUS+, która pomaga nam odkryć nieznane dotąd miejsca.

Hiszpania cała jest cudowna. Na odkrycie wszystkich najciekawszych zakątków potrzeba niewątpliwie dużo wolnego czasu i dobrej organizacji. Po odhaczeniu Madrytu na mojej liście jako miasta, które całkiem dobrze znam (zarówno pod względem turystycznym, jak i komunikacyjnym), postanowiłam wyruszyć dalej. Na weekendowy „trip” wybrałam Katalonię, a dokładniej Barcelonę.

To właśnie tam moje dwie przyjaciółki z Uczelni (Ola i Monika) odbywały, w ramach programu Erasmus+, praktyki studenckie. Po prawie ośmiogodzinnym siedzeniu w autokarze, moje oko zobaczyło najbardziej znane turystycznie miasto w całym kraju. Szczerze mówiąc, czułam się trochę jak w domu. Już na samym początku moich odwiedzin sporządziłyśmy grafik lokalnego podróżnika. Był to niewątpliwie twardy orzech do zgryzienia. Intensywne narady w aurze promiennego słońca zakończyły się degustacją świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy.

Stolica Katalonii przyciąga nie tylko wyjątkową architekturą, ale także klimatycznymi uliczkami oraz ciekawymi muzeami. Centrum, samo w sobie, jest również urokliwe. W związku z tym swój „start” zaczęłyśmy od najsłynniejszej i najbardziej ruchliwej ulicy tego miasta – La Rambla. To właśnie tam turyści mieszający się z tubylcami są zabawiani przez ulicznych artystów: śpiewaków, tancerzy, malarzy i komików. Oprócz nich naokoło jest mnóstwo restauracyjek, oferujących regionalne smakołyki i ich degustacje w blasku promieni słonecznych.

My wybrałyśmy coś bardziej nietypowego: La Boquerię, czyli ogromny bazar z jedzeniem. To miejsce sprawiło, że moje kubki smakowe zostały dwukrotnie wyostrzone (bogactwo produktów jakie można tam spotkać jest niedoopisania!). Po okrążeniu wzdłuż i wszerz zabudowanego jarmarku, obijając się jeden o drugiego, zdecydowałyśmy się na świeże kawałki soczystych owoców serwowane w dużym plastikowym kubku. Następnie, zajadając się zdrową przekąską, z widelcem w ręku, ruszyłyśmy w stronę Barcelonety, czyli najpopularniejszej barcelońskiej plaży. To właśnie tam odkryłam na nowo platoniczną miłość do morza, szumu fal i piasku, który delikatnie wbijał się w moje stopy…

Sagrada Familia i Park Güella były kolejnymi punktami planu naszej „lokalnej” wycieczki. To najsłynniejsze atrakcje w całej Barcelonie, które związane są ze słynnym architektem Antonim Gaudim. Pierwsza z nich to secesyjny kościół o statusie bazyliki mniejszej, nad którą wciąż trwają prace wykończeniowe. Dla jednych kicz, dla drugich arcydzieło. Trzeba przyznać, że pomimo krytyki przez co niektórych, wzbudza ogromne zainteresowanie wśród ludzi z całego świata. Niedzielna Msza Święta odprawiana w języku hiszpańskim była dla nas nietuzinkowym przeżyciem.

Z kolei Park Güella zachwycił nasze oczy oryginalną i nietypową architekturą. „Magiczne miejsce” – tak okrzykują go niektórzy turyści, ze względu na jego nadzwyczajny charakter. Co ciekawe, powstał nie jako park miejski, ale jako prywatne miasto-ogród dla przyjaciela Gaudiego, Eusebio Güella. Kręte uliczki połączone z unikatowymi zdobnymi elementami były naszą inspiracją zdjęciową. Tak. Zaszalałyśmy robieniem zdjęć, które teraz wiszą u mnie nad biurkiem w madryckim mieszkaniu.

Emilia Komar