Jestem Kasia i chciałabym się z Wami podzielić moimi przeżyciami związanymi z wyjazdem na Erasmusa. W zwykłych okolicznościach pewnie moglibyście przeczytać o wspaniałych miejscach, które odwiedziłam, pomocnych i otwartych ludziach, których poznałam, a nawet mogłabym Wam to przedstawić w języku, którego się nauczyłam. Niestety… Moje doświadczenia związane z tym programem są trochę inne przez znaną wszystkim sytuację pandemiczną. Ale może zacznę od początku.

Pod koniec zeszłego roku akademickiego zaczęłam starać się o wzięcie udziału w wymianie międzynarodowej – program Erasmus+. Szczerze mówiąc, kiedy pisałam egzamin, który miał być podstawą mojego dopuszczenia do programu, byłam raczej myśli, że nie dam rady i porywam się na coś niemożliwego. Przy okazji, po tym wyjeździe wiem, że wszystko jest możliwe, ale o tym później.

Więc kiedy otrzymałam wiadomość, że mój wyjazd na zagraniczne studia jest możliwy – nie wierzyłam. Pod koniec stycznia tego roku wraz z moimi dwiema koleżankami byłyśmy już w samolocie do Hiszpanii, gotowe na nowe doświadczenia i niezapomniane przygody. Wszystko było dla nas zarazem i przerażające, ale też cudowne. To były dla mnie jedne z najlepszych miesięcy w życiu.

Hiszpania to przepiękny kraj, pełen zapierających dech w piersiach miejsc, ale również otwartych i pomocnych ludzi, którzy bardzo dobrze wiedzą, co znaczy mieć dystans do świata i do samego siebie.

 

I teraz możecie się zastanawiać… Dlaczego piszę, że mój Erasmus jest inny?
Koronavirus jest powodem… Dlatego przeżywam mój Erasmus, który dla niektórych jest nawet przygodą życia. Epidemia dała mi do zrozumienia, że nie mogę być pewna tego, że moje plany są najlepsze i nic nie może stanąć mi na drodze. Kiedy po raz ostatni wychodziłam z mojego mieszkania w Murcji, pomyślałam sobie, że nie wszystko zależy od nas. Że tak naprawdę są sytuacje, na które nie mamy wpływu, niezależnie od tego jak bardzo się staramy.

Po powrocie z Hiszpanii musiałam przejść obowiązkową kwarantannę. 14 dni bez kontaktu ze światem. Jedyne co mnie uratowało to telefony i wiadomości od bliskich. I co ciekawe, wydawać by się mogło, że nie ma żadnych korzyści z takiej kwarantanny. Jednak to był dla mnie czas powiedzenia sobie i światu dookoła: „STOP”. Jakbym zatrzymała się w czasie i mogła pomyśleć. Co więcej… Dzięki temu doświadczeniu mogłam zweryfikować moich „przyjaciół”. Co to za znajomi, którzy wiedząc, że jesteś daleko, w odizolowaniu, nie dają znaku życia?

Po dwóch tygodniach wróciłam do domu i spędziłam święta razem z rodziną, co w normalnych warunkach nie byłoby możliwe.

Jeśli chodzi o moją naukę. Zanim jeszcze wróciłam do Polski, studiowałam na UCAM. Pomocność, otwartość, ale przede wyrozumiałość nie tyle innych studentów co przede wszystkim wykładowców, to podstawa studiowania na tamtejszej uczelni. Pamiętam jak jednego dnia, pewien z wykładowców, który jak się później okazało był moim nauczycielem, powiedział, że wszystko będzie dobrze i nie należy się martwić. Wszystko się jakoś ułoży.
Zajęcia, w których brałam udział (teraz są one online), były prowadzone przez osoby, które lubiły to, co robiły. Były pełne energii i pasji. Pasji, którą chciały przekazać młodym ludziom, aby się rozwijali i dążyli do swoich celów. Teraz kiedy jestem w domu i włączam wykłady w języku hiszpańskim lub po angielsku, czuję, że część hiszpańskiej Murcji jest teraz ze mną.

I jest jeszcze coś, o czym muszę wspomnieć, ponieważ jest to kwestia, która bardzo, ale to bardzo, jest dla mnie ważna.

„Inność”. Na hiszpańskiej uczelni każdy pracuje na siebie. I nie mówię tutaj o pracy jako studiach, ale o pracy jako wykreowaniu własnego wizerunku, postawy, czy też podejścia do świata i do innych. Różnorodność nie jest zła, jest po prostu inna, co my w Polsce uważamy za obce i złe.

Wspomniałam na początku, że po wyjeździe do Hiszpanii zrozumiałam, że nie ma nic niemożliwego. Zanim jeszcze byłam w Polsce przed wyjazdem, myślałam sobie: kto inny tak, ale ja? To jest niemożliwe. Później, będąc w Hiszpanii, gdy po przedstawionej prezentacji usłyszałam od wykładowcy: „good job” , pomyślałam – niemożliwe, stało się możliwe.

I znowu, myśląc o świętach poza domem, daleko od rodziny mówiłam – niemożliwe, jak?! A teraz będąc w domu, po spędzonych świętach z rodziną, biorąc udział w zdalnych zajęciach i mając głowę pełną wspaniałych wspomnieć, wiem że wszystko jest możliwe. Nie mogę napisać, że Erasmus był przygodą życia, ponieważ on jeszcze trwa i będzie trwał jeszcze co najmniej przez kolejne miesiące.

Ale co ważne! Dzięki temu wyjazdowi odkryłam miejsce, do którego będę często wracać i to nie tylko myślami. Będę spędzać czas w słonecznej Hiszpanii wraz z moimi nowymi przyjaciółmi.