When friendship overcomes language barriers, cultural differences and oceans of distance, you know it is real

By Anna Cimoch…

Ale od początku.

Decyzja o tym, żeby wziąć udział w programie Erasmus+ była najbardziej spontaniczną decyzją w moim życiu. Zdecydowanie nie kierowałam się wtedy rozumem – bez zastanowienia, kiedy tylko wpadł mi ten pomysł do głowy, od razu się zgłosiłam.

Czy żałuję? Ani trochę!
Jestem teraz w przepięknej Lizbonie!

Cieszę się, że przyleciałam dwa tygodnie przed rozpoczęciem semestru, ponieważ nasza celebrytka – „korona”, nie była wtedy jeszcze taka sławna, a dzięki temu miałam czas, żeby troszkę sobie pozwiedzać.

No i nadszedł ten długo wyczekiwany moment pójścia do szkoły.
Oficjalne rozpoczęcie miało być o 15, dlatego o 14.50 byłam już pod wejściem do sali. Oczywiście nie chciałam się spóźnić (nie mogę przecież pokazać się ze złej strony na samym początku, pomyślałam…).

Chwilę później zgromadziła się pod salą spora grupa studentów. Czekaliśmy, czekaliśmy… 15.15, a drzwi wciąż były zamknięte, więc zaczęliśmy się niecierpliwić, czy to aby na pewno ta sala (czy to aby na pewno ta uczelnia?!).

Po kolejnym kwadransie przyszli nauczyciele i rozpoczęliśmy nasz powitalny dzień. Następnego dnia zajęcia, które miały zacząć się o 11 – znowu zaczęły się prawie pół godziny później…

Były to zajęcia organizacyjne, ale wyjaśniły najwięcej. Wykładowca poruszył temat ciekawostek i stereotypów na temat Portugalii i Portugalczyków. Punktualność? Zapomnij! Portugalczycy zawsze są spóźnieni! Dlatego na kolejne zajęcia przychodziłam już bez żadnej zadyszki i presji, spóźniona przynajmniej 15 minut i wciąż byłam na czas.

Bardzo polubiłam swoją nową uczelnię. Miałam wspaniałą możliwość komunikowania się codziennie w języku angielskim, a na tym zależało mi najbardziej. Czasami jednak nie było kolorowo. Nie ukrywam, że miałam gorsze dni.

Po pierwszym tygodniu zaczęłam łapać „doła”. Wydawało mi się, że nie mam problemu z językiem angielskim, ale kiedy przyszło mi się zmierzyć z różnymi akcentami, słówkami „z kosmosu” używanymi podczas zajęć, to od razu zaczęłam wątpić w to, że sobie poradzę. Na szczęście trzeba pamiętać o tym, że po każdej burzy pojawia się słońce. „Osłuchałam się” i po kilku tygodniach nie miałam żadnego problemu z komunikacją.

Jednakże niestety po pewnym czasie usłyszeliśmy smutną wiadomość, że nasza „korona” osiągnęła szczyt popularności, a my musimy zamknąć się w domu. I znowu pojawił się wszystkim dobrze znany „dołek”.

Byłam strasznie na siebie zła, że wybrałam „Erasmusa” akurat w tym czasie. Zmarnowałam swój czas. Chciałam poprawić swój angielski, chciałam nauczyć się czegoś nowego, a muszę siedzieć zamknięta w czterech ścianach.

Ale zaraz… Po co te negatywne emocje? Czy to aby na pewno był zmarnowany czas? Tydzień później zaczęły się zajęcia online. Prace domowe, projekty, nie miałam nawet czasu na nudę.

Wieczorami, po całym dniu obowiązków, organizowaliśmy z przyjaciółmi video-konferencję, potrafiliśmy rozmawiać godzinami. Pomimo tego, że nie mogliśmy się spotykać, to bardzo się ze sobą zżyliśmy.

Jestem pewna, że gdyby nie koronawirus, mój Erasmus byłyby jeszcze wspanialszy. Jestem przeszczęśliwa, że mogłam spędzić semestr w Lizbonie.

Polecam każdemu wzięcie udziału w programie Erasmus+.

Można w ten sposób poznać cudownych ludzi, nauczyć się czegoś więcej o ich kulturze, zwyczajach. Jest to najlepsza okazja, żeby zacząć swobodnie posługiwać się językiem obcym, bez skrępowania (akcent, zdanie sformułowane we właściwej konstrukcji). Marzę o tym, żeby jeszcze raz tu przyjechać, jak już sytuacja na świecie się uspokoi.