Prawdopodobnie największym wyzwaniem w życiu jest publiczna prezentacja. Załamany głos, drżące ręce, nogi jak z waty, niepewność postawionych tez i argumentacji, a przy tym wszechogarniający stres to czynniki, które zazwyczaj determinują osobę nieprzygotowaną lub słabo przygotowaną do wystąpienia. Aby temu zaradzić potrzeba solidnego gruntu teoretycznego i praktycznego.

Z całą pewnością nikt z nas nie jest od razu stworzony do tego, aby być genialnym retorem czy mówcą. Wszystko przychodzi z praktyką i pewnym doświadczeniem. To ode mnie i od ciebie zależy – to jak odbierze nas publiczność i co z tego wystąpienia wyniesie. Dziś praktycznie każdy z nas potrzebuje takiego obycia ze słowem i umiejętności przedstawienia go za pomocą mowy werbalnej i niewerbalnej. Zanim zacznę przemawiać, towarzyszy mi jednak zwątpienie. Czy to ja muszę przemawiać? No oczywiście, że to ja muszę zrobić, bo kto inny za mnie to wykona. Tu potrzeba psychicznego przełamania i stanięcia w opozycji do swojego lenistwa i strachu. Jeśli ową wątpliwość w sobie pokonałem, teraz nadchodzi moment aby zabrać głos. Częstym błędem, który towarzyszy na początku osobom przemawiającym, jest brak przedstawienia się. Zanim cokolwiek powiem do moich słuchaczy, przedstawiam się. Najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Często przytaczam pewną sentencję, robię wprowadzenie, zaczynając od dwóch lub trzech słów, które są słowami kluczami dla całej wypowiedzi. Pamiętam również doskonale o mowie ciała, bo to „nonverbum” stanowi ponad pięćdziesiąt procent tego, co widz zapamięta, zaś tylko siedem procent samej treści. Dlatego aby wzmocnić sygnał werbalny należy gestykulować, ale czynić to powyżej talii i tylko wtedy, gdy mamy wolne ręce. Gesty świadczą o pewności siebie. Prawidłowe metody niewerbalne są nośnikiem tych informacji, które trudno czasem wyrazić i przekazać za pomocą słów. Fundamentem mowy niewerbalnej jest podłoże, w które mam mocno wbite pięty i pamiętam o tym, że stabilność mojego ciała świadczy o stabilności wiedzy, którą pragnę przekazać. Warto jednak posiłkować się notatkami, które skrupulatnie przygotowywaliśmy do tej prezentacji zamiast improwizować i popełnić błąd. Towarzyszący stres jest w stanie bardzo szybko nas zdekoncentrować i utrudnić dostęp do przyswojonych informacji. Gdy przychodzą chwile słabości i poddenerwowania, starajmy się wpatrywać w publiczność jak w przyjaciela.

Musimy pamiętać, że w trakcie przemówienia potrzebne są pauzy między zdaniami oraz odpowiednie wprowadzenie do poszczególnych jego części. To pozwala lepiej przyswoić informacje odbiory, a i my w ten sposób odpoczywamy przed następną sekwencją. Jeśli zaś zauważymy, że widzowie się zdekoncentrowali i myślami są w innym świecie, warto przytoczyć jakąś anegdotę, a przy tym zmienić ton głosu na mniej poważny. Pokażmy naszą charyzmę, nasze dobre strony, starajmy się mówić harmonijnie, dobrze akcentując wyrazy. Nie popadajmy w pewnego rodzaju jednostajny monolog, który sprawi, że słuchacz uśnie. Bądźmy przy tym wszystkim naturalni. Nie próbujmy udawać kogoś, kimś nie jesteśmy, ponieważ nasze audytorium natychmiast to dostrzeże. Patrzmy na naszą publiczność, a poczuje się doceniona. Ten gest jest pewnym rodzajem sprzężenia zwrotnego i natychmiast pozytywnie wpłynie na mnie, przemawiającego, a przy tym unormuje moje emocje. To właśnie spojrzenie jest ciągłym podtrzymywaniem kontaktu z naszymi odbiorcami. Moim obowiązkiem jest również dostosowanie tonu głosu do audytorium. Jeśli jest to mała salka, z całą pewnością wystarczy głos naturalny, ale i tak sami musimy zastanowić się nad tym jak mówić, by osoby siedzące na końcu nas dobrze słyszały. Gdy zaś chodzi o wielkie sale, warto odpowiednio porozstawiać sprzęt nagłaśniający, dzięki temu odbiorca będzie nas dobrze słyszał, niezależnie od miejsca, które wybierze.

Niezbędnym filarem naszego wystąpienia jest aspekt czysto fizjologiczny. A mianowicie oddychanie stanowi tutaj klucz naszej dobrej artykulacji słów, dykcji, płynnego mówienia, ale również, co istotne, zapamiętywania. Tak jak modlitwa jest pokarmem dla duszy, tak i dobry oddech jest życiem dla naszego ciała i umysłu. Oddycham powoli metodą piersiowo-brzuszną, nabierając jak najwięcej tlenu. Człowiek dotleniony jest wyciszony, jest spokojny, myśli są statyczne, czuje się pewniej, a przez to jest i bardziej przekonujący. Nieustannie pamiętam, że moje ciało wzmocni lub osłabi przekaz, który przekazuję podczas prezentacji. Więc podświadomie programuje je w ten sposób, aby zachowywało się jak najnaturalniej, aby sprawiać dobre wrażenia na swych słuchaczach.

Nigdy nie odkładam przygotowania wystąpienia na ostatnią chwilę, należy je zacząć przynajmniej kilka tygodni wcześniej. Na początku należy dobrze zapoznać się z danym tematem, dziedziną czy zjawiskiem. Stwarzam pewnego rodzaju plan, w którym zawrę temat wystąpienia: wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Posłużę się tutaj metodą Arystotelesa, postawię sobie tezę lub hipotezę, przygotuję przynajmniej trzy argumenty przemawiające za racją moich tez oraz jeden lub dwa argumenty krytyków, którzy to negują, a na końcu wykażę błędy w argumentacji krytyków i przejdę do podsumowania. Po tak dobrze przygotowanym materiale, staram się go nauczyć na pamięć. Jeśli już to zrobiłem w przeznaczonym dla siebie czasie, to wtedy staję przed lustrem i w wyobraźni swojej spoglądam na siebie tak, jakby to robiła publiczność i przechodzę do wystąpienia. Wystrzegam się improwizowania i posiłkuję się notatkami. Mówię klarownie, bez zbędnego przedłużania. Zaczynam temat od skutków, a kolejno wyjaśniam, jakie są przyczyny.

Zawsze stawiam sobie jasne i sprecyzowane pytania, do kogo ja chcę przemawiać, gdzie to ma się odbyć, czego będą ode mnie oczekiwać słuchacze, jaką formę zastosuję: dyskusję czy wykład oraz ile mam czasu, aby się zaprezentować. Po odpowiedzeniu sobie na te pytania, dokładnym przeanalizowaniu i przygotowaniu, jestem już gotów, aby wyjść na scenę. Oto moja publiczność, oto moi przyjaciele, z którymi pragnę się podzielić wiedzą, jaką zdobyłem. Oto efektywne wystąpienie.

Julia Starzak