„Życie jest jak pudełko czekoladek…”

Viterbo, 26.02.2020

Godzina 10:00. Otworzyłam jedno oko i zobaczyłam nieznane mi ściany. Otworzyłam drugie, a obok mnie znajdowała się tak samo nieznajomo wyglądająca szafka nocna. Położyłam z powrotem głowę na poduszce i znieruchomiałam.

Zebrałam w sobie resztki mojej odważnej natury i nerwowo podniosłam się z łóżka, nie wiedząc, czy jestem gotowa na to, co zaraz miałam ujrzeć.

Pokój był skromny, ale przytulny. Po jednej stronie okna znajdowało się biurko, po drugiej zaś obszerna szafa. Przeżyłam. Podeszłam do okna i tak stojąc, przez kilka minut wdychałam włoskie powietrze. Niestety, mój błogi nastrój zniknął, kiedy robiąc krok do tyłu, poczułam przeszywający ból w stopie. Kiedy doszłam do siebie, szybko zlokalizowałam przyczynę bólu – moją walizkę. Leżała dokładnie tam, gdzie zostawiłam ją poprzedniego dnia. „No cóż – pomyślałam – pora wrócić na ziemię”.

Po ogromnym wysiłku rozpakowania mojej ogromnej walizki – muszę przyznać, że oprócz pakowania się w drogę powrotną, nie ma dla mnie nic gorszego w czasie podróży – poczułam nagły ból. Tym razem ból ten dochodził z wewnątrz. To był mój żołądek, który po wielu godzinach zaniedbań przypominał o swoim istnieniu. Czas na śniadanie.

W akademiku, w którym mieszkałam, do dyspozycji mieszkańców były 3 kuchnie. Razem z nowo poznaną Polką, która leciała z tego samego lotniska, tym samym samolotem oraz jechała tym samym pociągiem, zaczęłyśmy poznawać nowe miejsca i podbijać nieznane nam zakątki. Zaczęłyśmy oczywiście od niewielkiego posiłku.

W tym miejscu czas na kilka informacji o włoskich posiłkach. Szczególne wrażenie na nas, Polkach, zrobiło właśnie włoskie śniadanie. Czułam, że gdyby mój żołądek mógł, to zaśmiałby mi się w twarz. Dlaczego? Ja, wielbicielka kanapeczek z szynką, serkiem, pomidorkiem, ogórkiem w wersji wiosenno-letniej, nie byłam przygotowana na to, co wtedy zobaczyłam. Rogalik z dżemem, kawa i basta! Po szybkiej kalkulacji „za” i „przeciw” oraz kilku ukłuciach w żołądku, dokonałam wyboru. Polskiej tradycji stało się zadość. Po pożywnym śniadaniu i minięciu kilku niedowierzających Włochów, ruszyłyśmy w miasto.

Rok akademicki, a z nim i wykłady, miały rozpocząć się tydzień po naszym przyjeździe, co dawało nam 7 dni na dokładne zwiedzenie miasta. Z pozoru niewyróżniające się niczym szczególnym włoskie miasteczko sprawiło, że tydzień mógł się okazać niewystarczający.

Pamiętajcie, nigdy nie oceniajcie książki po okładce. Zwłaszcza, kiedy jesteście we Włoszech. Tutaj prawdziwe piękno ujrzycie nie podążając wyznaczoną przez nawigację trasą, a wręcz przeciwnie. Dajcie się zgubić, idźcie przed siebie, podążajcie małymi, niepozornymi uliczkami a ujrzycie skarby skrywane przed ciekawskim wzrokiem turystów. Piękno tkwi w szczegółach…

Viterbo – miasto o etruskich korzeniach, podbite ostatecznie przez Rzymian w IV wieku p.n.e. W 1167 roku Fryderyk Barbarossa nadał mu prawa miejskie, zaś w XIII wieku Viterbo było przez krótki czas siedzibą dworu papieskiego. Tutaj miało miejsce najdłuższe konklawe w historii Kościoła, zakończone ostatecznie wyborem nowego papieża – Grzegorza X. Miasto jest również siedzibą Università degli Studi della Tuscia…

To na tyle, jeśli chodzi o wzorcowy opis w przewodniku turystycznym. Teraz moja kolej.
Spacerując po mieście można poczuć klimat średniowiecznego miasta. Proste, surowe mury, kołatki do drzwi w kształcie lwich głów i oczywiście wznoszące się nad ulicami sznury z praniem. Zapomniałabym o najważniejszym. Mnóstwo wąskich uliczek, prowadzących w nieznane miejsca. Przypominają mi portale, które z głównej, prostej ulicy mogą przenieść Cię do miejsc zapierających dech w piersiach. Musisz tylko zaryzykować i zejść z drogi, którą podążają wszyscy. Ryzykowne, ale kto nie ryzykuje, ten… Pamiętacie ?

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Ta smutna prawda nie jest obca nikomu, jednak potrzebna każdemu, bo nigdy nie wiemy, co przyniesie jutro. Może kolejne piękne chwile? Dla mnie również skończyły się cudowne dni spędzane na zwiedzaniu miasta. W niedzielę ponownie odezwał się mój żołądek i tym razem powodem nie był głód. Stres. Całkowicie zapomniałam o jego istnieniu. W końcu czekał mnie pierwszy dzień na studiach poza granicami Polski. Spakowałam potrzebne rzeczy, ustawiłam budzik na godzinę wcześniejszą niż zwykle i pełna mieszanych uczuć – ekscytacji i strachu – zasnęłam.

A gdyby tak mieć jeszcze kilka dni na łapanie włoskiego słońca i bieganie po krętych uliczkach… Niestety, torba z zeszytami, piórnikiem i wodą rozwiewała wszelkie nadzieje. Chociaż…

Viterbo, 4.03.2020

Otworzyłam oczy. Rozejrzałam się po pokoju. Cisza. Tylko co jakiś czas przerywały ją krople deszczu bębniące o parapet. „Może to wcale nie jest poniedziałek, może pomyliłam dni” – pomyślałam w pierwszej chwili. Sięgnęłam po telefon i wtedy zdałam sobie sprawę, że mój organizm wcale nie potrzebuję alarmów. Obudziłam się 2 minuty przed ustawionym budzikiem. To były dwie najdłuższe minuty w moim życiu. Leżałam bezwładnie na łóżku, nie mogąc się na niczym skupić z powodu kłębiących się w mojej głowie wielu myśli. Zjadłam szybkie śniadanie i przygotowałam się do wyjścia.

Kilka razy powtórzyłam trasę, która miała doprowadzić mnie na miejsce. Według nawigacji miało zająć mi to 40 minut. Niestety, pogoda nie umiliła mi trasy, wręcz przeciwnie – wiał zimny, przeszywający wiatr, a deszcz pozbawił miasto dawnego uroku.

Dzielnie szłam przed siebie, omijając tym razem wąskie uliczki, a trzymając się głównej ulicy. Myślami byłam zupełnie gdzie indziej – “Czy sobie poradzę?”, “Czy spotkam ludzi?”, “Czy dotrę na czas ?”.

No właśnie! Spojrzałam na zegarek, było już bardzo późno. Nie miałam czasu na błądzenie po mieście, dlatego zdecydowałam się na radykalny krok. Włączyłam nawigację i tak pokonałam resztę trasy. Po drodze mijałam Włochów, którzy z zaciekawaniem patrzyli na mnie, biegnącą o tak wczesnej porze, trzymającą telefon z którego dobiegały dziwnie brzmiące dla nich polecenia: “za 10 m skręć w prawo”, “na następnym skrzyżowaniu skręć w lewo”.

Zdyszana, spocona dobiegłam do sali wykładowej. Spóźniłam się minutę. Przerażona tym faktem, nieśmiało pociągnęłam za klamkę i zaśmiałam się w duchu. Nie było jeszcze nikogo. Byłam spóźniona i pierwsza. Niemożliwe?

Witam we Włoszech, tu nie ma rzeczy niemożliwych. Zajęcia rozpoczęły się piętnaście minut później. La dolce vita. Kolejna, oprócz śniadania, trudna do przyjęcia dla mnie rzecz? Studenci przychodzą ubrani, tak jak jest im najwygodniej. Pełna swoboda i luz. Po drugie, jeżeli chcesz wyjść z wykładu, bo nie podoba ci się temat, nie wyspałeś się albo jesteś głodny, bo na śniadanie zjadłeś tylko rogalika z dżemem, droga wolna! Na większości wykładów obecność nie jest sprawdzana i brana pod uwagę. Wykładowcy starają się jednak zachęcać studentów do uczęszcania na wykłady. Po czterech godzinach mogłam wrócić do akademika. Szybki obiad, dokończenie notatek z zajęć, obwieszczenie prawie całemu światu o swoich przeżyciach, obserwacjach i pora spać. Nie było tak źle, a będzie jeszcze lepiej! Tak myślałam.

Viterbo, 4.03.2020

8:00 rano i dźwięk budzika. Te same czynności co ostatnio, z tą różnicą, że tym razem wyszłam odrobinę wcześniej. Rozpoczęły się zajęcia. Z pozoru wszystko wydawało się do znudzenia takie samo jak ostatnio. Zajęłam nawet identyczne miejsce. Po dwóch godzinach coś zaczęło się zmieniać. Usłyszałam podniesione głosy, Włosi prowadzili ożywioną dyskusję na jakiś temat. I wtedy usłyszałam, co wprawiło ich w taką eksytację – koronawirus.

Był to główny temat prawie wszystkich konwersacji we Włoszech, dlatego przestałam przysłuchiwać się dokładniej dalszym rozmowom włoskich studnetów. Wykładowca wspomniał o zmianie godziny i miejsca wykładania kursu, co przysporzyło mi nowych problemów, gdyż zmuszało mnie do bycia w dwóch miejscach na raz. Gdy wychodziłam z Sali, moją głowę zaprzątała myśl o bilokacji, kiedy natknęłam się na włoskich studentów skupionych w okręgu. Wszyscy gestykulowali, krzyczeli, niektórzy gdzieś dzwolnili. Zaciekawiona podeszłam do jednego ze studentów i spytałam, o co chodzi.

Powiedział mi tylko, że koronawirus jest już tutaj, w Viterbo. Kiedy otrząsnęłam się z pierwszego szoku, zobaczyłam, że otrzymałam wiadomość od innej Polki, która również zaczęła Erasmusa w Viterbo. W wiadomości pisała, że nie mogła dostać się na uniwersytet, gdyż ten jest zakmnięty, a wszystkie zajęcia są odwołane. Niedowierzając, poszukałam w internecie informacji na ten temat. Będać w trakcie poszukwiań, nie zwróciłam uwagi, że otrzymałam od niej kolejną wiadomość. Brzmiała ona następująco: “Podobno jakaś dziewczyna jest zarażona. I mieszkała w akademiku, więc uważaj”.

Musiałam usiąść. Od razu zadzwoniłam do mojej koleżanki z akademika, która szybko potwierdziła tę wersję zdarzeń. Spotkałyśmy się kilkanaście minut później i zorganizowałyśmy wielką burzę mózgów, której wynik był następujący – iść do sklepu kupić najpotrzebniejsze rzeczy, a później… czekać.

Obładowane zakupami wróciłyśmy do akademika. Zastałyśmy wszystkich mieszkańców na zewnątrz budynku, nerwowo rozmawiających lub krzyczących do telefonów. Podeszłyśmy do Pani Recepcjonistki, której uśmiech zniknął gdzieś pod nieskazitelnie białą maseczką. “Quarantena”- odpowiedziała.

Po drodze do pokojów dowiedziałyśmy się, że nie możemy opuszczać budynku. Zaczęła się kwarantanna. Nikt nie wiedział, kto zachorował i czy mógł mieć z nim kontakt. Panika, strach i niepewność.

A najgorsze miało dopiero nadejść…

Jadwiga Umel